| REFLEKSJE:Wolnościowa
krytyka globalizacji ekonomicznej.
I. Globalizacja czyli neokolonializm.
Choć termin globalizacja jest pojęciem nowym, to jednak w gruncie rzeczy
samo
zjawisko, jakim jest globalizacja, do nowych nie należy. Zaczynem globalizacji
stały się podboje kolonialne prowadzone przez państwa Europy Zachodniej
w
Afryce, Ameryce i innych częściach świata, dzięki którym państwa te zaczęły
czerpać korzyści finansowe z eksploatacji bogactw i siły roboczej w swoich
koloniach. Wtedy to właśnie pojawił się globalny wyzysk i globalny zysk.
Eksploatacja kolonii stała się jedną z przyczyn powstania w Europie Zachodniej
kapitalizmu, bowiem kapitalizm rozwinął się dzięki bogactwom naturalnym
krajów
podbitych i taniej sile roboczej (również niewolniczej) pochodzącej z
kolonii.
Kapitalizm jest więc ściśle powiązany z kolonializmem państw zachodnich
–
dodajmy – jest powiązany tak ściśle, iż bez kolonializmu nie istnieje.
Jak
wiadomo w związku z narastającą po II Wojnie Światowej falą aspiracji
narodowowyzwoleńczych ludności skolonizowanej przez Zachód, państwa zachodnie
wycofały się z większości swoich kolonii, gdyż finansowanie dużej ilości
wojska
i policji, koniecznej do utrzymania w posłuszeństwie buntującej się ludności
krajów skolonizowanych, stało się po prostu zbyt drogie. Kapitalizm nie
istnieje jednak bez kolonializmu, a ponieważ państwa zachodnie są państwami
kapitalistycznymi, więc i one bez kolonii nie mogły prawidłowo funkcjonować.
Państwa kapitalistyczne musiały więc stworzyć nową wersję kolonializmu.
W
neokolonializmie podstawowym narzędziem uzależnienia byłych kolonii od
państw –
kolonizatorów stał się pieniądz, kapitał, a nowymi konkwistadorami zostali
kapitaliści, właściciele ogromnych koncernów kapitalistycznych. Uzależnienie
byłych kolonii od państw Zachodu ma więc dziś naturę głównie ekonomiczną,
choć
zachodni kolonialiści potrafią używać także argumentów militarnych, jeśli
sytuacja w krajach rozwijających się zagraża ich interesom ekonomicznym.
Współczesna globalizacja ekonomiczna, o której się tak wiele ostatnio
mówi, to
nic innego, jak kolejny etap rozwoju neokolonializmu (i kapitalizmu),
cechujący
się postępującym wzrostem znaczenia wielkich korporacji i znoszeniem barier
krępujących ich wpływy, a także przeniesieniem pewnych kompetencji państw
narodowych na międzynarodowe instytucje kapitalistyczne. Nie należy jednak
zapominać, tak jak czynią to często lewicujący antyglobaliści, iż za
globalizacją, wzrostem znaczenia instytucji kapitalistycznych, stoją państwa
Zachodu, które świadomie rezygnują z części kompetencji na rzecz wielkiego
kapitału, aby tym skuteczniej wyzyskiwać państwa rozwijające się. Przecież
ostatecznie centrale wielkich koncernów nie są zawieszone w przestrzeni
wirtualnej, ale swoje siedziby mają w konkretnych państwach kapitalistycznych,
których elity są powiązane z owymi koncernami. Z tego powodu państwa zachodnie
(czytaj: elity polityczne) mają swój udział w globalizacji ekonomicznej,
tworząc
dla wielkiego kapitału odpowiednie warunki prawne, jak również wspierając
go
politycznie i militarnie, a wszystko to w imię neokolonializmu, a więc
wyzysku
dawnych kolonii, zwanych państwami rozwijającymi się. Już czas, aby lewacy
i co
poniektórzy ekolodzy zdali sobie sprawę z tego, iż państwa zachodnie nie
zatrzymają procesów globalizacyjnych, gdyż globalizacja jest zjawiskiem,
za
którym stoją państwa kapitalistyczne.
Procesu globalizacji nie zatrzymają również państwa rozwijające się, bo
są na to
ekonomicznie zbyt słabe, a poza tym elity rządzące tymi państwami ciągną
określone zyski z kolaboracji z koncernami i stojącymi za nimi rządami
państw
kapitalistycznych, dlatego też rządy krajów III Świata nie przeciwstawią
się
procesowi globalizacji, nawet jeśli jest on niekorzystny dla szerokich
rzesz ich
obywateli. Lewicujący antyglobaliści łudzą się, kiedy mówią, że można
przecież
wybrać w wyborach do parlamentu uczciwych ludzi (mają tu na myśli najczęściej
siebie), którzy przeciwstawią się globalizacji. Demokracja parlamentarna
wytworzyła takie mechanizmy, które wiążą elity polityczne z wielkim kapitałem
(również międzynarodowym). Bez poparcia owego kapitału (np. mediów, będących
w
rękach wielkich koncernów) nikt nie ma szans na wygranie wyborów, a jeśli
już
nawet je wygra, to nie ma wielkiej szansy na utrzymanie się przy władzy,
dlatego
iż kapitał może wywrzeć presję ekonomiczną na nieprzychylnie nastawiony
do niego
rząd, chyba że zaraz po wyborach ów rząd przeprowadzi niezbędne korekty
w swoim
programie. I tak, kraje w radykalny sposób sprzeciwiające się kapitałowi
można
obłożyć np. embargiem, odmówić im potrzebnej pożyczki lub obłożyć ją
lichwiarskimi odsetkami, osłabić ich walutę poprzez spekulacje giełdowe,
co
stawia niesforny rząd przed koniecznością cięć budżetowych, a stąd już
tylko
krok do jego obalenia przez niezadowolonych obywateli. A jeśli zabiegi
ekonomiczne nie dadzą oczekiwanego rezultatu, jakim jest upadek
antykapitalistycznego rządu, to zawsze można wysłać do zbuntowanego kraju
wojsko
w ramach walki o „wolność i demokrację”, albo jeszcze lepiej: znaleźć
grupę
lokalnych wojskowych, gotową do przywrócenia ładu w swoim kraju przy braterskim
wsparciu USA lub innego kochającego demokrację kraju kapitalistycznego.
Takie
scenariusze były wszak przerabiane w wielu krajach rozwijających się.
Innymi
słowy: karty do gry w politykę i gospodarkę rozdaje zawsze ten, kto ma
pieniądze, a że to właśnie kapitał i państwa zachodnie mają pieniądze,
więc
można się spodziewać, iż to właśnie te siły będą decydować o tym, kto
rządzi w
państwach rozwijających się, a nie lewicujący działacze antyglobalistyczni,
chyba że staną się oni częścią systemu, łagodząc swoje hasła i wprowadzając
jedynie kosmetyczne zmiany w obecny układ. Chcąc powstrzymać globalizację
ekonomiczną należy zatem wyjść poza państwo. O tym, w jaki sposób można
walczyć
z globalizacją bez odwoływania się do koncepcji państwa narodowego, napiszę
w
ostatniej części niniejszego opracowania. Teraz przejdę do omówienia
mechanizmów, dzięki którym dokonuje się globalizacji ekonomicznej.
II. Prawdziwe oblicze globalizacji ekonomicznej.
Głównym celem ekonomii kapitalistycznej jest maksymalizacja zysków. Jednym
z
zasadniczych mechanizmów pozwalających na maksymalizację zysków jest obniżenie
kosztów produkcji. Koszty produkcji obniża się przez znalezienie taniej
siły
roboczej, a także poprzez tanie i łatwe nabywanie surowców i półproduktów.
Wymarzonym źródłem taniej siły roboczej i surowców są państwa rozwijające
się.
Państwa te przez dziesiątki, a nawet setki lat uzależnienia od kolonizatorów
nie
zdołały wytworzyć własnego przemysłu opartego na wysoko zaawansowanych
technologiach, gdyż kolonizatorzy nie pozwalali im na rozwój takiego przemysłu,
uzależniając owe państwa od produktów wytwarzanych przez firmy zachodnie.
W
związku z tym w krajach skolonizowanych wśród ludności tubylczej nie powstała
warstwa wykształconych technicznie specjalistów, co oznacza, iż ludności
tej
przypadła rola taniej, bo niewykwalifikowanej siły roboczej. W koloniach
mógł co
najwyżej rozwijać się przemysł związany z wydobyciem surowców i prostych,
tanich
wyrobów. Po opuszczeniu przez państwa zachodnie swoich kolonii, kraje
III Świata
nie posiadały więc ani zaawansowanego technicznie przemysłu, ani fachowców,
którzy mogliby przemysł taki stworzyć. Kraje te były zatem uzależnione
od swoich
byłych kolonizatorów, którzy zaoferowali im „pomoc” w rozwoju ich potencjału
gospodarczego. Zachodnie koncerny zaczęły inwestować kapitał w krajach
rozwijających się, a także udzielać pożyczek swoim byłym koloniom. Z pozoru
więc
wyglądało na to, iż państwa rozwijające się otrzymały pomoc od państw
zachodnich, w praktyce jest jednak tak, że neokolonizatorzy inwestują
w te
gałęzie przemysłu, które nie należą do wysoko zaawansowanych technologicznie,
a
więc nie przyczyniają się do znaczącego podniesienia poziomu technicznego
przemysłu krajów III Świata, zatrzymując jednocześnie u siebie najnowsze
technologie i intratne gałęzie przemysłu. Inwestorzy zachodni sprawują
też
kontrolę nad produkcją krajów rozwijających się, gdyż to właśnie oni stanowią
wykwalifikowaną kadrę w krajach, do których przenieśli produkcję. Inwestycje
kapitału zachodniego nie przyczyniają się zatem do rozwoju technologicznego
krajów III Świata, ani do powstania w tych krajach wysoko wykształconej
kadry
technicznej i biznesowej, dzięki czemu pracownikom z krajów rozwijających
się
można wypłacać znacznie mniejsze wynagrodzenie od wynagrodzenia pracowników
z
krajów zachodnich. Dzięki temu firmy zachodnie mogą zarobić o wiele więcej
w
krajach rozwijających się niż w krajach wysokorozwiniętych. Zyski wypracowane
przez zachodnie firmy w krajach rozwijających się są w dużej części wyprowadzane
z tych krajów do krajów zachodnich. Oczywiście tymi, którzy bezpośrednio
zarabiają na produkcji w krajach III Świata są firmy kapitalistyczne,
jednak
firmy te wpuszczają zarobione pieniądze w system gospodarczy krajów Zachodu,
przynosząc w ten sposób stojącym za nimi krajom zachodnim określone zyski.
W celu łatwiejszego przenoszenia produkcji z krajów zachodnich do krajów
III
Świata, likwidacji barier stanowiących przeszkodę dla ekspansji zachodniego
kapitału, 15 kwietnia 1994 roku powstała Światowa Organizacja Handlu (WTO).
Jej
członkami są zarówno państwa zachodnie, jak i kraje rozwijające się, których
parlamenty ratyfikowały przystąpienie do WTO. Zadaniem WTO jest między
innymi
obniżanie ceł, a także wpływanie na parlamenty krajowe, aby stanowione
przez nie
prawo sprzyjało pomnażaniu zysków firm kapitalistycznych (np. ulgi podatkowe).
Jeśli więc zdaniem WTO prawo jakiegoś kraju nadmiernie eksponuje prawa
pracownicze lub zawarte są w tym prawie rygorystyczne regulacje w zakresie
ochrony środowiska, w związku z czym zyski inwestorów są niższe od oczekiwanych,
to WTO może nałożyć na ów kraj kary finansowe. Dodajmy, że wniosek o ukaranie
kraju, który nie stwarza „korzystnych” warunków dla inwestorów zagranicznych,
składa państwo, z którego pochodzą niezadowolone firmy. Widać więc wyraźnie,
że
za procesem globalizacji ekonomicznej stoją organizacje państwowe i to
zarówno
państwa zachodnie, jak i państwa III Świata, których elity czerpią zyski
z
kolaborowania z WTO.
Dzięki WTO zagraniczni inwestorzy zyskują szereg ulg i przywilejów w kraju,
do
którego przychodzą z kapitałem. Uprzywilejowanie zagranicznych podmiotów
gospodarczych prowadzi do upadku lokalnych producentów i handlowców, którzy
nie
są w stanie wytrzymać nieuczciwej konkurencji. Upadek lokalnej produkcji
i
handlu jest uderzeniem w społeczności lokalne, które na skutek degrengolady
rodzimych form gospodarki zaczynają biednieć (likwidowane są np. miejsca
pracy w
upadających zakładach pracy, sklepach), a także zatracają swój charakter
kulturowy, bowiem wraz z pojawieniem się nowych, obcych wzorców produkcji
i
handlu zmienia się także charakter więzi międzyludzkich i ludzkich zachowań.
Oczywiście tymi, którzy ze swoimi firmami i produktami wkraczają do innych
krajów są państwa zachodnie, gdyż to właśnie one dysponują silnym, ekspansywnym
kapitałem, rozwiniętą gospodarką itp.
Często mówi się, że krytyka WTO jest atakiem na wolny rynek, gdyż WTO
stara się
znosić bariery krępujące swobodny przepływ kapitału. Problem polega jednak
na
tym, że wolność gospodarcza, o którą WTO podobno tak bardzo zabiega, jest
wolnością dla niektórych, a konkretnie dla tych, którzy są silni gospodarczo,
dla słabych zaś wolność ta oznacza ruinę lokalnych producentów i handlowców,
uzależnienie gospodarcze od firm pochodzących z krajów wysokorozwiniętych,
bo
jeśli upada własny przemysł i handel, to stajemy się zależni od przemysłu
i
handlu obcego pochodzenia. Poza tym, gdy chodzi o zabezpieczenie interesów
państw zachodnich, to WTO potrafi zachowywać się tak, jak organizacja
żywcem
wyjęta z realnego socjalizmu, lansując model gospodarki nakazowo-rozdzielczej.
Weźmy chociażby niedawne protesty polskich hodowców drobiu, którzy protestowali
przeciwko importowi drobiu z krajów, w których dotuje się produkcję drobiu.
Jasne jest – argumentowali hodowcy polscy – że z taką dotowaną konkurencją
nie
wygrają i staną na krawędzi bankructwa. W odpowiedzi usłyszeli, że import
drobiu
wynika ze zobowiązań Polski wobec WTO, w związku z czym nie może być wstrzymany,
zresztą Polska i tak wynegocjowała z WTO korzystne warunki importu, bo
ilość
zakontraktowanego drobiu nie jest duża. Co wynika z odpowiedzi, którą
otrzymali
polscy hodowcy drobiu? A to, iż polityka gospodarcza WTO jest polityką
nakazowo-rozdzielczą. WTO ustala co, ile i od kogo trzeba kupić i należy
na te
odgórne ustalenia przystać, jeśli nie chce się być ukaranym przez WTO.
Jednym
słowem, problemy polskich producentów drobiu nie wynikają z ich nieudolności
w
grze wolnorynkowej, ale wynikają z tego, iż WTO nie kieruje się zasadami
wolnego
rynku, ale interesem państw zachodnich i firm pochodzących z tych państw.
Oto
neokolonializm w całej pełni, w tej konkretnej sytuacji zwrócony przeciwko
Polsce, która jest – wraz z innymi krajami postsocjalistycznymi – rodzajem
europejskiego III Świata.
Warto przyjrzeć się teraz innym globalnym instytucjom ekonomicznym. W
lipcu 1944
roku na konferencji w Bretton Woods powołano do życia World Bank (Bank
Światowy)
oraz International Monetary Fund (Międzynarodowy Fundusz Walutowy). W
wyżej
wymienionych instytucjach przyjęto zasadę, że ilość głosów posiadanych
przez
poszczególne państwa skupione w tych organizacjach jest proporcjonalna
do
zasobów finansowych posiadanych przez poszczególne państwa członkowskie.
Dzięki
temu grupa G7 i inne państwa Europy Zachodniej mają zdecydowaną większość
głosów
i w gruncie rzeczy, to one decydują o kształcie tych organizacji. Zadaniem
BŚ i
MFW jest udzielenie pożyczek krajom rozwijającym się. W przypadku BŚ pożyczki
te
są przeznaczane na konkretne przedsięwzięcia, tj. budowę dróg, infrastruktury
energetycznej itp., natomiast MFW udziela pożyczek dofinansowujących system
płatniczy w danym kraju.
Co jest złego w działalności BŚ i MFW? Otóż organizacje te i wiodące w
nich prym
państwa zachodnie zrozumiały, iż kraje rozwijające się, chcąc nadrobić
zacofanie
gospodarcze będą musiały pożyczać w tym celu pieniądze. Rzeczywiście tak
się
stało; zwłaszcza w latach siedemdziesiątych kraje rozwijające się zaczęły
brać
wielkie kredyty na inwestycje, w ten sposób kraje te znalazły się w tak
zwanej
„pułapce zadłużenia”, okazało się bowiem wkrótce, iż państwa III Świata
nie są w
stanie spłacić nawet narastających w zastraszającym tempie odsetek, nie
mówiąc
już o całości zaciągniętych długów. Według danych samego BŚ na początku
tzw.
„kryzysu zadłużenia” suma długów wynosiła 739mld USD. W 12 lat później,
po
spłaceniu 2bln 171mld USD, suma zadłużenia wzrosła 3-krotnie i wynosiła
już 2bln
81mld USD. W „pułapkę zadłużenia” wpadła również Polska, która, podobnie
jak i
inne państwa III Świata, ma coraz większe długi. Do końca roku 2001 zadłużenie
Polski wyniosło ok. 320mld zł., natomiast pod koniec roku 2002 wyniesie
już
440mld zł., czyli będzie ono większe niż dwuletnie wpływy do budżetu państwa.
Inne kraje rozwijające się są w jeszcze gorszej sytuacji.
Oczywiście powiększające się zadłużenie wpływa negatywnie na poziom życia
w
krajach rozwijających się, gdyż rządy tych krajów zamiast wydawać pieniądze
na
oświatę, służbę zdrowia itp. muszą spłacać rosnące wciąż odsetki i nowe
pożyczki
brane po to, aby spłacić stare pożyczki. W związku z tym w krajach afrykańskich
i w Ameryce Łacińskiej nastąpiło obniżenie PKB o nawet 50%. W celu lepszego
zobrazowania dramatycznej sytuacji krajów zadłużonych posłużę się kilkoma
egzemplifikacjami. W Mozambiku na przykład przeznacza się na spłatę długów
40%
przychodów budżetowych, czyli trzy razy więcej niż wynoszą nakłady tego
kraju na
edukację i służbę zdrowia. Nic dziwnego, że 80% kobiet w Mozambiku nie
umie
czytać, a 60% mieszkańców nie jest objętych opieką medyczną. W Zimbabwe
po
zastosowaniu programu gospodarczego, zaproponowanego temu krajowi przez
BŚ i
MFW, którego celem było zgromadzenie środków finansowych na spłatę zaciągniętych
długów, ograniczono wydatki na szkolnictwo o 29%, a na służbę zdrowia
o 34%, w
związku z czym podwoiła się liczba kobiet umierających w czasie porodu.
W
Tanzanii w 1983 roku 10% bogatych posiadało 24 razy więcej dóbr niż 10%
najbiedniejszych, w dziesięć lat później różnica ta była już 1000-krotna!
Oprócz pogarszających się warunków życia swoich obywateli, państwa rozwijające
się uzależniły się od państw zachodnich skupionych w BŚ i MFW, wszak jasne
jest
chyba, że dłużnik nie stawia warunków, lecz musi dostosować się do żądań
osób
lub instytucji, u których jest zadłużony. Jakie warunki postawiły państwa
zachodnie swoim dłużnikom z III Świata? Otóż pod pozorem pomocy i dawania
„dobrych rad” w zakresie ekonomii, MFW i BŚ wymyśliły tzw. Programy Dostosowania
Strukturalnego (Structural Adjustment Programs – SAP). Dzięki nim państwa
rozwijające się miały rzekomo zdobyć fundusze na spłacenie zaciągniętych
na
Zachodzie długów. W ramach SAP państwa III Świata miały korzystać z doświadczeń
wolnorynkowych krajów zachodnich, które przysłały nawet specjalne ekipy
swoich
ekspertów mających pomóc krajom rozwijającym się przy wprowadzaniu reform
wolnorynkowych. W ramach SAP MFW i BŚ udzielają kolejnych pożyczek krajom
rozwijającym się, które przeznaczane są zwłaszcza na restrukturyzację
systemu
finansowego, jak również na inwestycje infrastrukturalne. „W chwili obecnej
suma
pożyczek BŚ przekroczyła 200 miliardów dolarów. W roku 1999 Bank pożyczył
28, 9
miliardów dolarów ponad 80 krajom.” W ten sposób dług państw III Świata
powiększa się ciągle, a inwestycje związane z rozwojem infrastruktury
państw
rozwijających się realizowane są głównie przez firmy zachodnie, które
dzięki
temu mają nowe źródło dochodów. Jednym słowem dzięki SAP państwa zachodnie
zrzeszone w BŚ i MFW zarabiają na zwiększających się nieustannie odsetkach,
a
firmy zachodnie mają rynek zbytu dla swojej technologii, chemii, paliw
itp.,
uzależniając jeszcze bardziej od swych produktów kraje rozwijające się.
W
związku z napływem zachodnich technologii, produktów i usług, upada w
krajach
rozwijających się lokalna produkcja i handel, a to skazuje owe kraje na
import
towarów i usług z Zachodu. „Odpowiedzialność za zaciąganie kredytów przez
rządy
państw korzystających z usług BŚ spada na obywateli, gdyż to oni muszą
je
spłacać. Zwykli ludzie nie mają też wpływu na sposób, w jaki zostają wydane
pożyczone pieniądze, co sprzyja malwersacjom – widać to wyraźnie na przykładzie
Rosji, gdzie politycy sprzeniewierzyli 4,8mld dolarów wpłacając je na
swoje
prywatne konta w Szwajcarii. Za sprawą SAP, od lat osiemdziesiątych, notuje
się
znaczny odpływ pieniędzy z krajów rozwijających się, które zapłaciły krajom
Północy pięć razy więcej pieniędzy (w towarach, usługach i spłatach) niż
same
otrzymały. Urzędnicy amerykańskiego ministerstwa skarbu wyliczyli, że
za każdego
dolara oddanego przez rząd na międzynarodowe programy rozwojowe, amerykańscy
eksporterzy otrzymują dwa dolary z powrotem.” Przysyłane przez Zachód
ekipy
ekspertów ekonomicznych wpływają na rozwój gospodarczy państw rozwijających
się,
prezentując pakiety gotowych rozwiązań gospodarczych w duchu neoliberalnym,
które to rozwiązania muszą być wprowadzone w życie przez rządy krajów
zadłużonych, gdyż jest to jeden z warunków udzielenia kolejnych pożyczek
przez
BŚ oraz MFW i tak jakoś dziwnie się składa, że na skutek doradztwa zachodnich
ekonomistów w krajach III Świata redukuje się rodzimy przemysł, handel
i
rolnictwo, zastępując lokalne produkty towarami importowanymi.
Tak właśnie stało się w Polsce, która – jak wyjaśnił p. Olechowski
miesięcznikowi Polityka za czasów swojej działalności ministerialnej –
musi
uzgadniać swój budżet z MFW, bo od tego uzależniona jest redukcja polskiego
zadłużenia! Polska jest więc kolejnym królikiem doświadczalnym BŚ i MFW.
„Plan
Balcerowicza był w rzeczywistości zmodyfikowanym planem MFW. Otwarcie
polskiej
gospodarki (m.in. przez obniżenie ceł) na wniosek MFW, zamiast dofinansowywać
krajowe przedsiębiorstwa dobiło je lub oddało w ręce zagranicznego kapitału.
W
marcu 1991 r. w zamian za przyznane warunkowo przez MFW ulgi w spłacie
odsetek z
długów, podpisano porozumienie, zgodnie z którym polski rząd utrzymał
stały kurs
waluty, co przy urzędowym podniesieniu cen nośników energii i ograniczeniu
dotacji wymusiło dalszy szybki wzrost cen krajowych i sprawiło, że import
stał
się jeszcze bardziej opłacalny. Rząd zobowiązał się do dalszego obniżenia
ceł,
swobody wywozu zysku oraz blokowania wzrostu płac (tradycyjne tłamszenie
rynku
wewnętrznego), co mogło oznaczać tylko dalszą zapaść sektora państwowego.
Wywołało to wkrótce masowe protesty różnych grup zawodowych, a MFW z kolei
był
niezadowolony z niewykonania narzuconych przez siebie warunków „stabilizacji”.
Na początku 1992 ukazał się raport Banku Światowego „Polska – przekształcenia
ekonomiczne na rozdrożu”, w którym chwalono polską transformację, że „zrywa
z
tradycją gwarancji zatrudnienia od kołyski do grobu i sprowadza rządowy
system
ochronny do roli ostatniej deski ratunku”. W styczniu 1991 Bank Światowy
przedstawił program restrukturyzacji polskiego sektora węglowego, zakładający
w
wariancie długoterminowym zamknięcie 36 do 56 kopalń i redukcje zatrudnienia
o
193-302 tysiące przy jednoczesnym przejściu Polski na import węgla. Po
dziesięciu latach możemy przyznać, że ta „propozycja nie do odrzucenia”
jest w
końcu bliska realizacji.”
III. Jak powstrzymać globalny neokolonializm ekonomiczny?
Z całą pewnością nie da się powstrzymać globalizacji ekonomicznej przy
pomocy
państwa, jak naiwnie wyobrażają to sobie lewacy, narodowcy i pewni ekolodzy,
należy bowiem zauważyć, że za koncernami kapitalistycznymi i instytucjami
międzynarodowego kapitału stoją państwa, zarówno bogate, jak i biedne.
Wszak WTO
zostało powołane do życia przez parlamenty państwowe i jego członkami
są państwa
reprezentujące związane z nimi grupy kapitałowe, a w BŚ i MFW głosują
przedstawiciele poszczególnych państw i to oni popychają globalizację
naprzód.
Instytucje państwowe idą więc ramię w ramię z globalnym kapitałem i nie
należy
się spodziewać, aby zostało to zmienione przez grupki lewaków, narodowców,
czy
zielonych, pragnące przejąć władzę w państwie i dzięki temu powstrzymać
WTO,
MFW, BŚ itp. Ludzie ci nie zostaną dopuszczeni do władzy, gdyż o tym,
kto władzę
sprawuje, decydują dziś wielkie koncerny i międzynarodowe instytucje
kapitalistyczne, które mogą wspierać polityków sprawujących władzę, ale
również
mogą niszczyć tych, którzy wykazują zbyt daleko idącą samodzielność w
sprawach
ekonomicznych. Oznacza to, iż ratunku szukać trzeba nie w państwie, ale
w czymś
innym.
Tym innym, stanowiącym alternatywę dla państwa, jest wspólnota lokalna,
a także
grupa pracownicza i to właśnie w silnych samorządach lokalnych i pracowniczych
należy upatrywać nadziei na powstrzymanie globalizacji. Ktoś może jednak
powiedzieć, że skoro państwo nie jest w stanie powstrzymać globalizacji,
to
dlaczego ma to zrobić samorząd? Skąd w ogóle ten pomysł, aby dowartościować
samorządność?
Otóż stwierdziliśmy wyżej, iż globalizacja uderza głównie we wspólnoty
lokalne,
niszcząc lokalną produkcję, handel, a także specyfikę kulturową i styl
życia.
Ludzie żyjący we wspólnotach lokalnych mają więc interes w powstrzymaniu
globalizacji, w przeciwieństwie do elit politycznych, które z uwagi na
uprawnienia związane ze sprawowaną przez nie władzą, zostały uwikłane
przez
wielki kapitał w jego ekspansję, w zamian za określone korzyści finansowe
i
polityczne. Pomoc finansowa dla państwa, pochwały w środkach masowego
przekazu,
prestiżowe nagrody przyznawane „wybitnym ekonomistom” państwowym w stylu
Leszka
B., intratne posady w instytucjach międzynarodowego kapitału (vide Hanna
Gronkiewicz – Waltz) – to wszystko oferuje kapitał politykom lobbującym
na jego
rzecz. Warto więc być przyjacielem kapitału, a nie jego wrogiem, bo wtedy
nie ma
mowy o wsparciu medialnym, nagrodach, posadach, pożyczkach dla państwa
i
redukcjach długu, nie ma szans na dostanie się w pobliże rządowego koryta.
Politycy mają więc silną motywację do wspierania globalizacji ekonomicznej.
Nie
ma jej jednak krawiec z mojego osiedla, ani pani handlująca pietruszką
na
pobliskim rynku, bo oni nie sprawują wielkiej władzy, w związku z czym
nie liczą
nawet na prestiżowe nagrody i intratne stanowiska przydzielane w instytucjach
międzynarodowego kapitału, nie oczekują, że kapitalistyczne media napiszą
na
pierwszych stronach, jakimi wielkimi są ekonomistami. Za to ludzie ci
chcą, aby
zachodni supermarket lub koncern nie zabrał im ich miejsca pracy, a więc
to
właśnie z nimi i im podobnymi można próbować zatrzymać globalizację. Jednak,
aby
nie zepsuć nikogo z tych ludzi władzą i nie dopuścić do przemiany któregoś
z
nich w lobbującego na rzecz wielkiego kapitału polityka, zamiast posyłać
ich „w
posły”, należy razem z nimi domagać się autonomii dla wspólnot lokalnych.
Skoro
globalizacja narzucana jest dołom przez odgórną władzę, to doły muszą
po prostu
uniezależnić się od tej władzy, organizując się oddolnie. Jak można uniezależnić
się od odgórnej władzy? A choćby organizując niezależne sieci wymiany
usług i
produktów, tworząc wolne szkoły, firmy, przejmując zakłady pracy przez
pracowników. Wszystkimi tymi inicjatywami kierowaliby sami ludzie na zasadzie
oddolnej, bezpośredniej demokracji, co oznacza mniej więcej to, iż mieszkańcy
jakiegoś osiedla, wsi lub pracownicy w danym zakładzie pracy wspólnie
podejmowaliby decyzje o miejscu swojego zamieszkania lub zakładzie pracy.
Dzięki
temu uniezależniliby się od działającej na rzecz globalizacji władzy państwowej
i wielkich koncernów. Ponieważ poszczególne społeczności lokalne i pracownicze
nie przetrwałyby same w walce z tyranią państwa i kapitału, więc musiałyby
łączyć się w federacje współpracujących ze sobą wspólnot. Dzięki federacjom
skoordynowana zostałaby wymiana usług i towarów na znacznych obszarach,
federacje przejęłyby także szkolnictwo, służbę zdrowia, transport, utrzymanie
infrastruktury itp. Oczywiście w celu uniknięcia powstania odgórnej władzy,
która mogłaby wejść w orbitę zainteresowania wielkiego kapitału i zacząć
narzucać ludziom globalizację, federacje nie posiadałby żadnych organów
władzy.
Decyzje podejmowane na szczeblu federacji uzgadniane byłby przez delegatów
reprezentujących stanowisko ludzi z danej wspólnoty lokalnej lub pracowniczej,
a
tak pojęta federacja nie jest żadną odgórną władzą, ale forum dyskusyjnym,
na
którym przedstawiane są opinie ludzi ze wspólnot lokalnych i pracowniczych.
Federacje mogłyby powoływać zespoły wykonawcze, które realizowałby podjęte
przez
delegatów decyzje. Zespoły takie nie miałby więc kompetencji ustawodawczych,
gdyż kompetencje takie posiadaliby jedynie delegaci reprezentujący stanowisko
swojej społeczności lokalnej lub pracowniczej.
Oddolna organizacja szerokich rzesz społeczeństwa może pokrzyżować plany
globalistów narzucenia światu jednego modelu gospodarczego, politycznego
i
zuniformizowanych wzorców kulturowych, bowiem uniezależniające się od
państwa
wspólnoty lokalne i pracownicze byłby zainteresowane przeciwstawieniem
się
wymierzonym w nie procesom globalizacji.
Zorganizowany oddolnie ruch mieszkańców i pracowników powinien domagać
się też:
a)Umorzenia długów państw rozwijających się zaciągniętych przez rządy
tych
państw lub spłacania ich z osobistych dochodów osób, które długi te zaciągnęły,
czyli elit rządzących.
b)Likwidacji takich instytucji jak BŚ i MFW, gdyż ich działanie nie ma
w
rzeczywistości na celu pomocy krajom rozwijającym się, lecz przede wszystkim
zysk kapitalistów i bogatych państw Zachodu, a także uzależnienie społeczeństw
żyjących w państwach rozwijających się od instytucji międzynarodowego
kapitału i
zachodnich państw stojących za nimi.
c)Zaakceptowania przez Zachód tego, iż kraje rozwijające się powinny szukać
własnej drogi rozwoju, zgodnej z ich tradycją i mentalnością ludności
w nich
zamieszkałej. Wiele złego wynikło z przymuszania ludności krajów rozwijających
się do przyjęcia obcych jej wzorów gospodarczych, co doprowadziło do destrukcji
lokalnych form produkcji i handlu.
d)Zastąpienia rzekomej pomocy państw zachodnich oddolną współpracą wspólnot
lokalnych i pracowniczych oraz federacji z krajów rozwiniętych z odnośnymi
instytucjami krajów rozwijających się. Współpracę tę można by koordynować
na
szczeblu globalnym dzięki powstaniu międzynarodówki (federacji międzynarodowej),
skupiającej federacje krajowe. Rola międzynarodówki sprowadzałaby się
przede
wszystkim do roli międzynarodowego biura informacyjnego, które zbierałoby
dane o
potrzebach poszczególnych wspólnot z krajów rozwijających się i kontaktowało
owe
wspólnoty ze wspólnotami z krajów rozwiniętych wyrażających chęć udzielenia
pomocy. Międzynarodówka byłaby także forum dyskusyjnym, zaś wszelkie ewentualne
decyzje dotyczące kierunku rozwoju gospodarki światowej musiałyby zapadać
na
zasadzie konsensusu pomiędzy wszystkimi członkami międzynarodówki. Zasadniczą
doktryną ekonomiczną międzynarodówki byłaby zasada równomiernego
(zrównoważonego) rozwoju, zakładająca, iż w interesie wszystkich krajów
świata
jest unikanie dysproporcji pomiędzy zamożnością i rozwojem ekonomicznym
poszczególnych rejonów świata, ponieważ podział świata na biedne i bogate
kraje
prowadzić musi do nieuniknionych napięć w skali światowej. Obecna polityka
ekonomiczna prowadzona przez takie instytucje jak BŚ czy MFW i stojące
za nimi
państwa zachodnie jest krótkowzroczna, gdyż przynosząc doraźne korzyści
tym
państwom i instytucjom kapitalistycznym nie uwzględnia skutków długofalowych,
polegających na wzroście napięcia w skali globalnej.
Opisane wyżej rozwiązania są oparte na myśli anarchistycznej, która
dowartościowując lokalną i zakładową samorządność jest rzeczywistą alternatywą
dla obecnego układu politycznego i gospodarczego oraz jedyną szansą na
powstrzymanie globalizacji. Anarchizm pokazuje w jaki sposób ludzie mogą
organizować się oddolnie, niezależnie od państwa i wielkiego kapitału,
dlatego
to właśnie anarchizm potrafi przeciwstawić się globalizacji i zmienić
świat,
podczas gdy inne ugrupowania polityczne wierzące w państwo i reformy,
ugrupowania z prawa i z lewa, czerwone, zielone i brunatne, usilnie starają
się
reanimować trupa.
Rafał
Przypisy:
1 Po Drugiej Wojnie Światowej zniszczone działaniami wojennymi kapitalistyczne
kraje Europy Zachodniej straciły część swoich wpływów w byłych koloniach
na
rzecz USA. Gospodarka Stanów Zjednoczonych nie ucierpiała w skutek wojny,
dzięki
czemu Stany Zjednoczone stały się światową potęgą gospodarczą, zajmując
miejsce
wyniszczonych wojną Anglii i Francji. USA przeskoczyło więc fazę kolonialną
(w
wieku XIX oraz na początku XX, USA posiadały bez porównania mniej kolonii
niż
kraje europejskie, chyba że za kolonie uznać opanowywane stopniowo ziemie
Indian) i weszło od razu w fazę neokolonializmu. Neokolonializm USA stał
się
szczególnie widoczny w Ameryce Łacińskiej, która została uzależniona od
„pomocy”
ze strony Stanów Zjednoczonych. W latach sześćdziesiątych kraje Europy
Zachodniej zaczęły odrabiać swoje straty w stosunku do USA, choć liderem
neokolonializmu pozostały Stany Zjednoczone.
2 World Bank: Global Development Finance 1998.
3 Przemysław Wielgosz, Opium globalizacji, w: Lewą Nogą, 13/01, s. 131.
4 Obywatel, nr. 1, jesień – zima 2000, s. 11, 13.
5 Płaszczyzna Programowa Łódzkiej Sekcji Federacji Anarchistycznej, Łódź
2001,
s. 11.
6 Ibid.
7 Ibid.
http://anarchizm.w.interia.pl/index.html
|