ARTYKUŁY

Kupuj Lokalne!

Wzajemna korzyść zamiast spekulacyjnego zysku
Lokalną ekonomię tworzymy sami

•Alternatywna ekonomia - szansą dla alternatywnych form działalności

ALTERGLOBALIZM, ANTYGLOBALIZM - co to takiego?

Wolnościowa krytyka globalizacji ekonomicznej.
Demokracja uczestnicząca i globalizacja
Gapie w świecie globalnych zależności

KLIKNIJ TU BY WYSŁAĆ NAM ARTYKUŁ 
 STRONA DYSKUSJI

           

 

 

WZAJEMNA KORZYŚĆ ZAMIAST SPEKULACYJNEGO ZYSKU

Wyobraź sobie taką sytuację: bierzesz udział w jakimś spotkaniu i okazuje się, że masz kłopoty z porozumiewaniem się po angielsku. Postanawiasz że chcesz nauczyć się lepiej mówić po angielsku. Problem polega na tym, że dobre lekcje w Warszawie kosztują 20 zł za godzinę. Zastanawiasz się skąd weźmiesz tyle pieniędzy. Zarabiasz 8 zł za godzinę, więc wychodzi że potrzebujesz pracować 2,5 godziny by zapłacić za każdą godzinę nauki angielskiego. Jeśli chcesz uczyć się 4 godziny w tygodniu, musisz oddać równowartość 10 godzin swojej pracy.

A teraz wyobraź sobie że znasz przynajmniej 5 osób które mają trochę wolnego czasu i mogą ci pomóc w nauce angielskiego. Mógłbyś poprosić ich by uczyli cię za 5 zł za godzinę, ale raczej się nie zgodzą. Jednak jedna z tych osób potrzebuje wyremontować mieszkanie, inna potrzebuje pomocy przy pilnowaniu dziecka, lub jakiejś drobnej robótki krawieckiej, ktoś inny potrzebuje pomocy przy gotowaniu jedzenia na imprezę. Przyjaciele często pomagają sobie nawzajem, ale czyż nie lepiej byłoby wymieniać usługi nie tylko z ludźmi których bezpośrednio znasz i którzy akurat potrzebują usługi którą możesz zaoferować, ale również z wieloma innymi ludźmi zrzeszonymi w jednej grupie które posiadają wiele różnorodnych umiejętności? Tego typu rozwiązania istnieją i jeśli zdobywają wystarczającą liczbę uczestników, umożliwiają bardziej sprawiedliwą wymianę, pozwalają oszczędzać czas i pieniądze, ograniczają ilość wykonywanej pracy, pozwalają uwierzyć we własne siły i przeznaczyć środki na rozwój społeczności a nie na wzbogacanie kapitalistycznych firm.

Ta idea jest wspaniałym przykładem anarchizmu w praktyce. Od niepamiętnych czasów ludzie wymieniali dobra i usługi, ale dopiero anarchista Josiah Warren zrozumiał jest możliwe stworzeni alternatywnej, anarchistycznej ekonomii opartej na zasadzie wymiany. Josiah Warren aktywnie tworzył takie rozwiązania w XIX wiecznej Ameryce.

JOSIAH WARREN I „GODZINOWY SKLEP”

Josiah Waren był pierwszym działaczem, który określił się jako anarchista, jeszcze zanim Proudhon ogłosił swoje teorie na ten temat. Warren nie tylko rozwinął założenia systemu samo-pomocy, ale sam żył według anarchistycznych zasad i współtworzył społeczności anarchistyczne.

Był on jednym z członków założycieli pionierskiej komuny socjalistycznej - New Harmony powstałej w 1826. Na podstawie własnego doświadczenia wiedział o problemach z powstawaniem społecznych hierarchii i lansował najbardziej radykalny model stosunków społecznych. W 1827 r. przeniósł się do Cincinnati, gdzie otworzył sklep. Nie był to jednak sklep działający na takich samych zasadach jak inne.


Idea Sklepu Wymiany Pracy z Cincinnati
Josiah Warren, Sierpień 1829

WYTŁUMACZENIE FUNKCJONOWANIA Sklepu Kooperatywy który powstał niedawno w Cincinnati.
Każdy kto na chwilę oderwie swoje myśli od trosk związanych z pieniędzmi i rozejrzy się w około, zauważy że obowiązujące prawa i zwyczaje dotyczące zarządzania własnością są źródłem zła w tzw. „Cywilizowanym Świecie”. Pojąwszy to każdy, kto posiada choć odrobinę wrażliwości, musi poczuć silne pragnienie usunięcia źródeł tego zła.
W nieunikniony sposób ustalone prawa i zwyczaje przyczyniają się do powstawania ignorancji, niedostatku i biedy wśród większości pracujących członków społeczeństwa. Już dostatecznie długo prawa te wcielone były w życie, byśmy mogli się przekonać o ich rzeczywistej wartości.
W krajach gdzie podobne prawa obowiązują, ludzie którzy wypracowali bogactwo w które obfituje gospodarka zmuszeni są do żebractwa na ulicy, inni rozdzierani są przez niepewność wywołaną przez konkurencję i spekulację, a inni jeszcze niszczą swoje zdrowie pogrążając się w nieróbstwie i apatii lub pławiąc się w luksusach wytworzonych przez pracę biednych.
Nieuczciwość pomiędzy przyjaciółmi, sprawy sądowe zajmujące miejsce międzyludzkich stosunków, bigoteria religijna, oszustwa handlowe, nieuczciwość, spekulacja i wrogość pomiędzy ludźmi... To tylko niektóre ze skutków złych praw i zwyczajów.
Ale nie powinniśmy skupiać uwagi jedynie na Starym Świecie, mimo że nawet tu już udało nam się doprowadzić społeczeństwo na skraj przepaści. Jeśli nie zostaną wymyślone sposoby zapobiegania akumulacji bogactw w rękach nielicznych, już niedługo nasz naród dołączy do tych, które pogrążyły się w nędzy i rozkładzie z powodu nadużyć arystokracji i niesprawiedliwego podziału dóbr. Nie będziemy już stanowić światłego przykładu prostoty, pokoju i wolności dla reszty świata.
Każdy rozumny człowiek zgodzi się, że słusznym jest szukanie sposobów zapobiegania niesprawiedliwości i podejmowanie wszelkich - nawet najmniejszych - wysiłków w tym celu.
Mając to na względzie, rozpoczęliśmy w tym miejscu eksperyment, który - choć na bardzo niewielka skalę - będzie miał na celu wypróbowanie zasad na których został oparty. Ułatwi to wykonanie kolejnych kroków, gdy tylko stanie się to konieczne.
Ponieważ nasz eksperyment wzbudził już tak duże zainteresowanie, oraz ponieważ jego powodzenie jest tak ściśle powiązane z dobrobytem wszystkich zaangażowanych weń stron, wydaje się konieczne by opisać ten temat w sposób jasny i łatwy do zrozumienia dla wszystkich.
Wedle naszych zasad, każda praca jest wartościowana wedle czasu potrzebnego do jej wykonania. Czas pracy jest rzeczywistą i naturalną metodą określania wartości. Nie będziemy się tu zajmować udowadnianiem tej tezy. Zamiast tego, zaprezentujemy jak ową zasadę wprowadziliśmy w życie.
OBECNE ZASADY SKLEPU
Wyznajemy jedną prostą zasadę, według której każdy kto poświęci dziesięć godzin swojego czasu na wykonanie usługi dla kogoś innego, otrzymuje od niego w zamian dziesięć godzin pracy. Ponieważ praca wykonywana jest jawnie, łatwe jest oszacowanie czasu potrzebnego na jej wykonanie. Każdy kto oddaje towar wart dziesięć godzin czasu otrzymuje w zamian inne towary, które warte są razem z pracą sklepikarza pośredniczącego w wymianie równowartość dziesięciu godzin. Jeżeli osoba dokonująca depozytu nie chce odbierać żadnych towarów w danym momencie, otrzymuje zamiast nich talon uprawniający do późniejszego odebrania towarów lub pracy osoby prowadzącej sklep.
W przypadku gdy wykonana praca nie ma postaci towaru który może zostać zdeponowany, osoba dla której praca została wykonana wystawia talon w imieniu sklepu uprawniający do odebrania towarów ze sklepu. Obecnie wiele towarów w które zaopatrzony jest sklep wciąż uzyskujemy za pieniądze. Sprzedawane są po cenie kupna, z tym że kupujący jest winien sprzedawcy sklepowemu równowartość pracy włożonej w prowadzenie wymiany.
Niektóre artykuły zostały w części nabyte za pieniądze, a w części na nowych zasadach - wedle czasu pracy. Tę część, która została zapłacona pieniędzmi sprzedajemy za pieniądze, pozostała część wymieniana jest za ekwiwalent czasu pracy. Nie wymieniamy pracy na pieniądze, ani pieniędzy na pracę. Od zasady tej odstępujemy tylko w wyjątkowych okolicznościach.
Strata na wartości jakiegoś towaru staje się - po sprawdzeniu - częścią jego ceny. Wszelka praca i wydatki pieniężne związane z danym towarem są dokładnie zapisywane. Nabywca przekazuje tyle pracy i pieniędzy, ile włożonych było w nabyciem i utrzymaniem towaru w sklepie. Jeśli z zapisu w rejestrze wynika, że otrzymano zbyt wiele pieniędzy lub pracy, nadwyżka zostanie równo rozdzielona pomiędzy osoby współpracujące ze sklepem, chyba że będą oni woleli dokładnie ustalić proporcję włożonej przez siebie pracy. Jeśli sklep otrzymał niewystarczającą sumę pieniędzy lub zbyt mały ekwiwalent godzin pracy za dany towar, jasne będzie dla wszystkich współpracowników sklepu, iż należy pokryć straty. W ten sposób sklep chroniony jest przed ryzykiem strat.
Prowadzący sklep ogłasza kupującym koszt każdego dostępnego towaru. Zapotrzebowanie na towary i usługi może być zgłaszane na liście dostępnej w sklepie. Ci, którzy szukają możliwości zatrudnienia, sprawdzają listę zapotrzebowania by stwierdzić, czy praca którą mogą zaoferować jest dostępna. Towary i usługi na które nie ma zapotrzebowania nie zostaną przyjęte do sklepu.
To wszystkie ważne zasady, które - jak dotąd - uznaliśmy za konieczne. Współpracownicy sklepu nie zawierają pomiędzy sobą umów opartych na zasadach innych niż wyżej przedstawione.
----------------

Kilka lat po założeniu „godzinowego sklepu”, Josiah Warren podjął próbę założenia komuny opartej na tych samych zasadach, którą ochrzcił „Równość”. W nowej komunie wybudowano trzydzieści domów, lecz jej mieszkańcy zostali zdziesiątkowani przez malarię. Warren w końcu wrócił do New Harmony. Pomimo rozpadu komuny, powstawały wciąż nowe socjalistyczno-utopijne projekty.

Josiah Warren przeciwny był spekulacji i idei działalności prowadzonej dla zysku, ale nie był przeciwnikiem przedsiębiorczości i handlu. Pozostał konsekwentny w swojej postawie, nawet wtedy gdy sam ponosił z tego powodu straty. Pewna anegdota dobrze obrazuje jego zaangażowanie w sprawę ludzi pracy.

Josiah Warren był utalentowanym wynalazcą. Udało mu się wynaleźć pierwszą obrotową maszynę drukującą, która mogła drukować 6 kopii na minutę, co stanowiło w owym czasie nie lada osiągnięcie technologiczne. Drukarze czuli się zagrożeni nowym wynalazkiem, gdyż czuli, że nowa technologia może pozbawić ich pracy. Josiah postanowił rozmontować maszynę ze względu na dobro robotników.

W 1840 r. stworzył sklep godzinowy przy Instytucie New Harmony (obecnie, istnieje tam „Instytut Robotniczy”). W sklepie nie narzucano marży na towary, wyjąwszy koszty transportu i obsługi.

W 1846 r. powstała z jego inicjatywy komuna nazwana “Utopia” w której zamieszkało ponad 100 osób. Przez 20 lat komuna funkcjonowała na zasadzie wymiany pracy za pracę. Z biegiem czasu zmieniła się w zwyczajną społeczność uzależniona od zewnętrznej ekonomii, ale wciąż zachowane zostały głębokie więzi społeczne mieszkańców.

Pomimo niepowodzenia, jakim był powrót Utopii do zwykłych zasad ekonomii, projekt był sukcesem o tyle, o ile pokazał możliwości podobnych komun.

Stephen Pearl Andrews był anarchistycznym głosicielem idei Wolnej Miłości. Wraz z Warrenem stworzyli nową komunę na Long Island w stanie Nowy Jork, pod nazwą „Nowe Czasy”. Komuna istniała jako radykalna społeczność w latach 1851-1864. Później stopniowo przekształciła się w zwykłe miasto.

Zasadą komuny było nie sprzedawanie towarów powyżej kosztów. Wielu jej mieszkańców wprowadzało w życie wiele innych radykalnie wolnościowych zasad, takich jak feminizm, wolna miłość i wegetarianizm. Jednak nie wszyscy w równej mierze przejmowali się radykalnymi ideami, co w końcu doprowadziło do rozpadu komuny. Upadek komuny zaczął się wraz z wybuchem Wojny Domowej. Choć wszyscy mieszkańcy komuny byli abolicjonistami, wielu - w tym Warren - krytycznie odnosiło się do unionistów z północy. Gdy w 1862 r. część mieszkańców komuny zgłosiło się na ochotnika do wojsk jankesów, a inni założyli grupę muzyczną dla rozrywki żołnierzy, Josiah Warren postanowił opuścić komunę. Nastąpił rozłam pomiędzy stronnictwem radykalno-pacyfistycznym a zwykłymi mieszkańcami. W wyniku konfliktu społeczność zmieniła swój charakter.

Ale system sklepu godzinowego stał się sławny. Komuna znajdowała się tak blisko Nowego Jorku, że wielu odwiedziło ją. Powstało też na jej temat wiele artykułów prasowych. Podobne rozwiązania były wprowadzana w życie w innych miejscach.

W ciągu ponad 150 lat od czasu powstania pierwszego sklepu godzinowego w 1827 r., twórcy wolnościowych wspólnot uczyli się o pomysłach Warrena i starali się je stosować w praktyce. Podobne rozwiązania do dziś są stosowane w wielu miejscach na świecie.


“Time Dollars”

Sieć “Time Dollars” ściśle trzyma się zasady: 1 godzina pracy=1 godzina pracy, niezależnie od jej poziomu trudności. Programy obsługujące sieć działają w ponad 150 społecznościach w Stanach Zjednoczonych. Ilość wypracowanych godzin jest dokładnie rejestrowana w komputerowych bazach danych. Sieć komputerowa pozwala również przelewać należne godziny pracy np. na organizacje społeczne.

System “Time Dollars” powstał w 1983 r. Jego twórcy przypominają że w przeszłości sieć krewnych i przyjaciół tworzyła infrastrukturę samopomocy. Atomizacja społeczeństwa spowodowała, że coraz mniej osób ma czas, by poświęcać czas na utrzymywanie sieci samopomocy.

Pierwszy projekt związany z siecią powstał w Miami. Obecnie uczestniczy w nim ponad 1600 osób, wykorzystując średnio 12 tys. godzin miesięcznie. Każdy uczestnik sieci wymienia średnio 8-10 godz. pracy miesięcznie. To około 5% standardowego czasu pracy. Oznacza to, że wymiana bezpieniężna może ZASTĄPIĆ kilka godzin normalnej pracy zarobkowej tygodniowo. To korzystne, gdyż chcemy uwolnić się od pracy wykonywanej dla kapitalistycznych wyzyskiwaczy.

Najlepiej gdy tego typu przedsięwzięcia organizowane są przez samą społeczność, a nie przez oficjalne instytucje, które wspomagają tego typu inicjatywy w niektórych stanach. W Brooklyn, Nowy Jork, oraz w Wisconsin istnieją małe programy samopomocy ułatwiające dostęp do usług medycznych.

“Ithaca Hours”

System “Ithaca Hours” powstał w 1991 r. w Ithaca w stanie Nowy Jork. Dziś udział w przedsięwzięciu bierze ok. 1000 ludzi. Każda godzina pracy wyceniana jest na 10$, czyli przeciętną płacę za godzinę w tym regionie. Pomimo wysiłków na rzecz wyrównania płac, istnieją pewne nierówności związane z koniecznością przyciągania specjalistów, np. dentystów, którzy potrzebują drogiego sprzętu i pomocy asystentów. Ich praca może być więc droższa niż praca polegająca na pilnowaniu dziecka.

Co dwa miesiące publikowany jest biuletyn poświęcony możliwościom wykorzystania zarobionych godzin. Przepracowane godziny są zapisywane w alternatywnej walucie, dopuszczającej podział na 1/8 lub 1 godziny. Godzinowa waluta może zostać użyta by zapłacić za usługi hydrauliczne, stolarskie, naprawy samochodowe, chiropraktykę, pilnowanie dzieci, lub towary jak jedzenie i drewno na opał. Waluta godzinowa jest przyjmowana w dwóch dużych sklepach spożywczych, kilku kinach, salach bowlingowch i lodziarniach.

Ludzie traktują wymianę w godzinowej walucie jako sposób organizacji społeczności. Różne inne formy aktywności są organizowane co pewien czas przez uczestników wymiany. W każdym miesiącu odbywają się wspólne posiłki. Planowane jest uspołecznienie ziemi rolnej i utworzenie linii produkcyjnej konserw z żywnością pochodzącą z miejscowych upraw. Uczestnicy projektu mogą liczyć na drobne pożyczki.


LETS (System Lokalnej Wymiany Handlowej)

LETS powstało w 1983 r. w Kanadzie, w tym samym czasie co sieć „Time Dollars”

LETS opiera się na prostym spostrzeżeniu, że wielu ludzi posiada rozmaite zdolności, ale nie posiada pieniędzy. Ale tradycyjna wymiana barterowa możliwa jest tylko wtedy, gdy obie strony transakcji wymiany mają do zaoferowania to, czego potrzebuje druga strona. LETS powstało, by ułatwić tego typu wymianę. Używane w systemie LETS „zielone dolary” zapisywane są na papierze, lub w pamięci komputera. Sprawozdanie ze wszystkich transakcji przekazywane jest koordynatorowi, który sporządza miesięczny raport zawierający listę wszystkich uczestników systemu LETS. Pomysł chwycił w wielu innych krajach: USA, Wielkiej Brytanii i Australii. LETS pojawił się również w Polsce. Największą popularność zdobył w Wielkiej Brytanii, gdzie istnieje ponad 200 grup. Pomysł zapoczątkowało jedynie sześcioro ludzi. W ciągu czterech lat, liczba osób działających w LETS wzrosła do 500. Był to więc wielki sukces.

Podobnie jak system “Time Dollars”, LETS posłużył rządowi Australii w ratowaniu podupadającej gospodarki lokalnej. Australijscy eksporterzy stracili tradycyjny rynek zbytu gdy Wielka Brytania stała się członkiem UE.


CZY TO TRUDNE?


Każde przedsięwzięcie jest trudne na początku. Niektórzy mogą mieć wrażenie, że system LETS pochłania dużo energii i że łatwiej jest pracować w tradycyjny sposób. Bierność i lenistwo zawsze obraca się przeciwko nam za sprawą ambitnych jednostek, które wykorzystują nasze słabości. Zwykła praca i wymiana pieniędzy na towary opłaca się nam tylko wtedy, gdy jesteśmy na górze ekonomicznej hierarchii. Musimy odzyskać kontrolę nad naszą pracą i odebrać władzę nad ekonomią od ludzi dysponujących wielkim kapitałem. Wymiana bezpieniężna jest ponadto czynnikiem integrującym społeczność. W naszym zatomizowanym społeczeństwie ludzie przestali ufać swoim sąsiadom. Dzięki wymianie, mogą nauczyć się ze sobą współpracować.

Zalety wymiany bezpieniężnej w porównaniu z tradycyjną pracą:

v Każda praca powinna być ceniona w ten sam sposób. W systemie gospodarki rynkowej, wynagrodzenie z jedną godzinę pracy prawnika odpowiada miesięcznemu wynagrodzeniu pielęgniarki. Takie zróżnicowanie nie odzwierciedla rzeczywistych potrzeb społecznych, ani poziomu trudności wykonywanej pracy. Jest to wyrazem systemu wartości, gdzie jedynie praca generująca przychody pieniężne jest wysoko ceniona. W systemie wymiany bezpieniężnej praca społecznie pożyteczna jest najbardziej ceniona. (Nb. godzinna płaca amerykańskiej pielęgniarki jest równa płacy za 25 godzin polskiej pielęgniarki... Nie powinniśmy się godzić na niskie wynagrodzenie za płacę tylko dlatego, że pracodawcy niską ją cenią!)
v Przyzwyczajenia konsumpcyjne powinny być postrzegane w szerszej perspektywie. Konieczna jest również bardziej realistyczna ocena rzeczywistego nakładu pracy potrzebnego do wytworzenia konsumowanych dóbr. Może się okazać, że gdy znikną pośrednicy, potrzebne dobra i usługi będą mogły być wymieniane na znacznie mniejszą ilość czasu pracy.
v System LETS nie jest opodatkowany. Oznacza to, że oszczędzamy 20% naszej pracy wymienianej na towary i usługi. W zwykłym systemie jeden dzień z każdego tygodnia pracy służy do opłacenia podatków i biurokracji marnotrawiącej nasze pieniądze. Koniec końców i tak musimy sami zapłacić za niezbędne usługi.
v Community building. People support the labour of neighbours and support each other locally.
v LETS pomaga tworzyć społeczność. Sąsiedzi zaczynają ze sobą współpracować i wzajemnie się wspomagać.

Alternatywna ekonomia szansą dla alternatywnych form działalności

Idea alternatywnej ekonomii jest wyzwaniem i dużą szansą dla rozkwitu wszelkich form dzialalności alternatywnych - wolnościowa edukacja, zielone szkoły, inicjatywy pracownicze, działania artystyczne... Ale szczególnie chciałem zwrócić szczególną uwagę na to jaką mogłaby ona odegrać rolę w funkcjonowaniu "muzycznego rynku niezależnego".
Kapele, wydawnictwa, dystrybucje, studia nagraniowe, kopiarnie, kluby, akustycy, organizatorzy, właściciele sal i sprzętu, drukarnie, reklamodawcy... Tak bogata infrastruktura w dużym stopniu mogła by egzystować bardzo dobrze bez wchodzenia w żadne ciulowate układy i troski o brak środków na jej dalszy żywot. Symulacje potencjalnej współpracy pomiędzy różnymi podmiotami można by tworzyć w różnych wariantach. Wyobraźmy sobie dla przykładu takie sytuacje: kapela gra koncerty, a za zgromadzone punkty wchodzi do studia; wydawca zapewne szybciej upłynnia swój towar w walucie alternatywnej, a swój stan na koncie przeznacza na koszty wydawnicze (drukarnia, kopiarnia, reklama...) itd.
Oczywiście łańcuch zależności nie zamyka się wewnątrz jednej branży, wszak wachlarz naszych potrzeb życiowych jest nieograniczony. Faktem jest, że tylko szeroki zasób ofert z różnych półek branżowych, zaspokajających mniej lub bardziej wyrafinowane potrzeby, może utworzyć samowystarczalny system, niczym perpetum mobile, zaspokajający potrzeby nawet najwybredniejszych :) - ale to rzecz jasna zależy tylko i wyłącznie od nas...
Należy także dodać, że dostawca sam decyduje o zakresie oferowanych w ramach systemu LETS usług/towarów. A dodatkowym dla niego plusem jest możliwość zaoferowania ich za częściową zapłatę w walucie alternatywnej i w gotówce (dzięki czemu zyska klientów, których mógłby nie mieć oczekując tylko zapłaty w konwencjonalnej walucie).

Osobiście jestem przekonany, że jeśli tylko zależy nam na realizacji "siebie" i naszych wolnościowych idei, system alternatywnej ekonomii daje wszelkie podstawy ku ich zwieńczeniu. Żywię nadzieję, ża tak jest i że ta witryna stanie się z czasem polem ogniskującym niebszebrane bogactwo zdolności, talentów, pasji, możliwości jakie skrywamy w sobie (często nieutajone, stłumione siłą zniewalającej ekonomii). Jestem pewien, że każdy z nas ma coś do zaoferowania drugiemu człowiekowi. Nasze możliwości mogą ogarnąć wiele aspektów działalności (wy)twórczej, a to już prosta droga do praktycznej realizacji wolnego, opartego na współpracy, społeczeństwa. To nie jest niedorzeczne. Realizacja tych idei leży w zasięgu naszej woli, odrobiny wysiłku i wyobraźni. Pytanie tylko, czy tak naprawdę nam na tym zależy? Czy jestesmy gotowi pokonać bariery psychologiczne powstrzymujące nas od podjęcia decydujących kroków oraz wyzwolić z własnej twierdzy egoizmu? Jeśli nie podejmiemy wyzwania, aby TU I TERAZ zrobić coś RAZEM, to chyba wystarczający znak, że nie stać już nas na nic więcj, niż tylko pocieszanie się fantastycznymi wizjamy permanentnej rewolucji - oderwanej od jakichkolwiek realiów... Tylko poprzez samoorganizację możemy zmieniać rzeczywistość wokół siebie... (R.S.)

 

LOKALNĄ EKONOMIĘ TWORZYMY SAMI - S. J. Kmiotek
Jak LETS powstał w Poznaniu. ("Mac Pariadka" nr 83)

LETS, system umożliwiający wymianę został wymyślony przez Kanadyjczyka Michaela Lintona na początku lat osiemdziesiątych. Pierwszy system LETS zaczął działać w 1983 roku w kanadyjskiej miejscowości Courtenay w Commox Valley. Nowe systemy powstawały powoli, najpierw w Kanadzie i USA. W latach dziewięćdziesiątych nastąpił szybki wzrost ilości systemów LETS w innych regionach świata (w Wielkiej Brytanii, Australii i Nowej Zelandii, Holandii...). Obecnie na świecie działa ponad 2000 systemów LETS.
Zasady działania systemów LETS

LETS działa podobnie jak sąsiedzkie czy osiedlowe kluby wzajemnej opieki nad dziećmi.

Zasady działania sąsiedzkich i osiedlowych klubów wzajemnej opieki nad dziećmi:

- do klubu należą rodzice i opiekunowie dzieci;
- zarabia się "punkty" pilnując dzieci innych uczestników klubu. W razie potrzeby inny członek klubu zaopiekuje się naszymi dziećmi. Za tę opiekę zapłacimy zarobionymi wcześniej "punktami";
- można wydawać "punkty" na kredyt, nasze konto będzie wówczas na minusie. Opiekując się dziećmi klubowiczów spłacimy kredyt;
- "punkty" najczęściej odzwierciedlają czas, w którym trwała opieka nad dzieckiem sąsiada.

W klubie opieki nad dziećmi wymianie podlega tylko jedna usługa: opieka nad dziećmi. W systemie LETS możemy wymieniać różnorodne towary i usługi. Jednostkę wewnętrznej waluty w systemie LETS ("punkty" w klubach opieki) przelicza się najczęściej na konwencjonalny pieniądz lub czas pracy.

System LETS jest organizacją inicjowaną wewnątrz lokalnej społeczności i przez tę społeczność kontrolowaną, uczestnictwo jest dobrowolne. Głównym zadaniem organizacji jest dostarczanie społeczności lokalnej informacji o towarach i usługach oferowanych i poszukiwanych przez uczestników systemu oraz rejestrowanie transakcji, które między nimi zachodzą. Jest organizacją typu non-profit, nie nastawioną na osiąganie zysków. LETS uzupełnia obowiązującą walutę. W przypadku, gdy jakieś operacje handlowe lub praca zawodowa podlegające opodatkowaniu są wykonywane w ramach systemu na danym uczestniku spoczywa odpowiedzialność za płacenie podatków. Zaleca się w takich przypadkach, aby część zapłaty była uiszczona w obowiązującej walucie, za pomocą której będzie można uregulować podatek. W ewidencji LETS rejestruje się tylko tę część operacji, która została rozliczona w walucie LETS. Każda transakcja wymiany towaru lub usługi powoduje powiększenie stanu konta jednego z uczestników i zmniejszenie na koncie innego, zatem rozliczenia całego systemu bilansują się na zero. Posiadana na koncie waluta LETS jest "fikcyjna", nabiera wartości wówczas, gdy wydamy ją na towar lub usługę oferowane przez innych uczestników LETS.

Podamy poniżej podstawowe zasady LETS, które sformułował Michael Linton:

- system rozliczeń opiera się na quasi-walucie, która jest w pewnej relacji do obowiązującej waluty (często w relacji 1:1, co ułatwia wycenę oferowanych towarów i usług); nie używa się banknotów i monet, które łatwo się gubią i mogą zostać ukradzione;
- każdy uczestnik sieci LETS zaczyna ze zerowym stanem konta; można zaciągać kredyt, który nie jest obarczony odsetkami; w niektórych systemach ilość możliwego do wzięcia kredytu jest ograniczona; quasi-pieniądz powstaje w momencie dokonania transakcji;
- transakcja dochodzi do skutku tylko wówczas, gdy jeden uczestnik systemu zgadza się na przelew określonej ilości jednostek LETS ze swojego konta na konto innego uczestnika sieci, który dostarczył mu towar lub usługę;
- nie ma przymusu dokonywania wymiany handlowej z innymi uczestnikami sieci i wykonywania pracy na ich rzecz, zaleca się jedynie aby transakcje dokonywane były w walucie LETS;
- każdy ma prawo i stałą możliwość znać bilans i obroty każdego z uczestników LETS, jednak szczegóły dokonywanych transakcji są dla innych niedostępne;
- nie nalicza się odsetek za kwoty uwidocznione na rachunkach uczestników sieci;
- koszty administracyjne pokrywa się w miarę możliwości w walucie LETS według poniesionych kosztów na obsługę systemu - oznacza to, że z założeniem systemu i uczestniczeniem w nim nie wiążą się żadne koszty, które wymagałyby wyłożenia dużej sumy pieniędzy.

Kto może przystąpić do LETS

Uczestnikiem LETS może być każdy kto mieszka na obszarze, który jest obsługiwany przez dany system, również wszelkiego rodzaju podmioty gospodarcze. Największe jak do tej pory systemy LETS posiadają ponad 2000 uczestników. Wielkość systemu, po przekroczeniu której zaczyna on trwale wzrastać to około 50 - 100 uczestników; w przeciwnym razie po pewnym czasie stabilizuje się lub zaczyna kurczyć.

 

O istniejących na świecie LETS

W niektórych krajach systemy LETS są wspierane przez władze lokalne lub rząd (szczególnie w Australii i Nowej Zelandii). W krajach gdzie LETS rozwija się bardzo dynamicznie prawo, zwłaszcza podatkowe, dostosowuje się do specyfiki funkcjonowania systemów. Nie odnotowano do tej pory znaczących akcji przeciwko systemom LETS ze strony czynników rządowych, finansowych czy prawnych. Waluta LETS (fikcyjny, ale "nasz" pieniądz) jest zwykle przedmiotem dumy dla uczestników systemu i nosi często nazwy odzwierciedlające charakterystykę regionu, w którym system działa. W Totnes w Wielkiej Brytanii płaci się "Żołędziami", we włókienniczym Manchester "Szpulkami". W Blue Mountains w Australii walutą jest "Eco", w Brisbane, także w Australii, używa się "Jednostek", zaś w Wageningen w Holandii handluje się używając "Kamieni".

Istniejące na świecie systemy różnią się między sobą organizacją, sposobami rozwiązywania codziennych problemów. Różne grupy ludzi były założycielami i bardzo różni ludzie je prowadzą. Wśród tych osób znajdziemy ochotników (np.: grupa przyjaciół, bezrobotni, emeryci); zorganizowane grupy (np.: organizacje ekologiczne, inne organizacje społeczne, kluby, kościoły); profesjonalni handlowcy oraz władze lokalne. Informacje o systemie przekazywane są ustnie lub poprzez lokalną prasę. Do grupy założycieli szybko dołączają inni.

LETS jako organizacja nie gwarantuje jakości oferowanych w ramach systemu towarów i usług. System LETS służy jedynie informacją, dzięki której można łatwo dowiedzieć się o usługach i dobrach oferowanych i poszukiwanych w ramach systemu. Ułatwia to jedynie kontakt między stronami transakcji. Strony transakcji same dogadują się między sobą. System działa lokalnie i uczestnicy systemu szybko mogą informować się wzajemnie o nierzetelnych wykonawcach prac, czy osobach oferujących wadliwe towary. Oferta nierzetelnego uczestnika może być ignorowana przez innych uczestników, a wiemy jak trudno poprawić złą opinię. To w pewnym stopniu gwarantuje jakość.

Korzyści LETS

Jeżeli na danym terenie istnieje system LETS można za część usług i towarów płacić walutą LETS. Zaoszczędzone w ten sposób złotówki (dolary, guldeny, ...) można wydać na inne potrzebne towary, na które wcześniej nie było uczestnika systemu stać. Dzięki temu system LETS ma do zaoferowania najwięcej dla osób o niskich dochodach lub bezrobotnych.

W tym systemie brak pieniędzy nie wyklucza z udziału w życiu społecznym, w zaspokajaniu swoich podstawowych potrzeb życiowych. Każdy ma walutę LETS do wydania, a tymczasowy minus na koncie oznacza jedynie, że jego posiadacz zobowiązuje się do dostarczenia dóbr lub wykonania usług na rzecz innych uczestników systemu w późniejszym okresie. Przeszkodą może być tylko wzajemne zaufanie; ilość towarów i usług jakie społeczność lokalna chce i może oferować lub wykonać w określonym czasie. Ilość oferowanych dóbr i usług może być również ograniczona przez fizyczne możliwości lub brak wyobraźni, która podpowie jakie potrzeby innych dany uczestnik systemu może pomóc zrealizować. Przeszkodą może być też brak zdolności członków społeczności do współpracy.

Bardzo często brakuje ludziom pieniędzy. "Ci, którzy mają pieniądze mają władzę nad tymi, którzy ich nie mają" (G. Taylor). W systemie LETS każdy ma walutę LETS do wydania wtedy, kiedy jej potrzebuje. Nie jest zmuszony zarabiać pieniędzy kosztem własnego zdrowia, czy kosztem najbliższego środowiska naturalnego. Nikt nie jest zmuszony do wykonywania uwłaczających mu prac lub życia na bakier z prawem z powodu konieczności zdobycia środków do życia.

W ramach LETS każdy uczestnik ma dostęp do informacji i dóbr oferowanych przez innych uczestników, również nowi uczestnicy z zerowym stanem konta i ci, którzy chwilowo mają ujemny stan konta.

Dla przedsiębiorców...

Dzięki ogólnie dostępnej i rzetelnej informacji o potrzebach społeczności lokalnej mogą skorzystać również lokalni przedsiębiorcy. System informuje o popycie w danej społeczności na określone dobra i usługi. LETS umożliwia zaspokojenie części potrzeb bez użycia tradycyjnych pieniędzy. Uczestnikom systemu zostaje więcej pieniędzy do wydania, które wpłyną do kas lokalnego biznesu za ich towary i usługi. Przedsiębiorcy, którzy zdecydują się na przystąpienie do systemu zyskują nowych klientów, którzy tylko część należności mogą pokryć w pieniądzu, a resztę pokryją w walucie LETS.

Dla bezrobotnych...

Dla bezrobotnych, osób na emeryturze, młodzieży, osób posiadających czas... "Często istnieje potrzeba wykonania pracy i są ludzie chętni by ją wykonać, jednak z powodu braku pieniędzy nie pracuje się..." (T. Stelle). Wiele osób zdaje sobie sprawę z pewnego paradoksu: jest dużo potrzebnej pracy do zrobienia i jednocześnie jest wielu bezrobotnych. Powodem jest brak środka płatniczego, pieniądza. LETS może zmniejszyć bezrobocie. LETS umożliwia uczestnikom odkryć drzemiące w nich możliwości. Pomaga ludziom zacząć działać w dziedzinach bardziej przez nich preferowanych, a których nie docenia konwencjonalny rynek i pieniądz. Dzięki temu mogą oni cieszyć się wykonywaną pracą. "Dzięki LETS osoby posiadające rozliczne umiejętności i doświadczenia mogą ich użyć z korzyścią dla społeczności lokalnej i z samozadowoleniem, że mogą być pożyteczni wykonując to co lubią i potrafią najlepiej, np. emeryci - najczęściej bogaci w rozmaite umiejętności i doświadczenia mogą znów poczuć się potrzebni i nie wykluczeni z życia społecznego i gospodarczego" (D. Johnson). Zwiększa się liczba oferowanych towarów i usług, które inaczej nie byłyby osiągalne. Poszerza się również ilość wynagradzanych prac i umiejętności. Badano system "Manchester LETS". ""Okazało się, że tylko około 1/4 prac, które znajdują się na rynku LETS byłoby dla bezrobotnych i ubogich osiągalne również gdyby nie istniał system LETS" (C. C. Williams).

Ekologiczne...

Gospodarka prowadzona w oparciu o lokalną walutę stwarza więcej preferencji dla rozwoju recyklingu, usług naprawczych itp. działań (M. Calis).

Społeczne...

Odradza się tradycyjny system wzajemnych usług sąsiedzkich. Wymiana w ramach LETS ułatwia przełamywanie barier między ludźmi. Obecnie coraz więcej ludzi cierpi z powodu izolacji społecznej spowodowanej min. brakiem czasu, zaufania, nieśmiałością. Dokonanie transakcji jest pretekstem do wzajemnego kontaktu, który nie onieśmiela, wynika bowiem z zasad działania systemu. LETS łączy członków społeczności lokalnej w sieć relacji ekonomicznych, a jednocześnie łączy ich w sieć przyjaźni. Po jakimś czasie zmniejsza się anonimowość, zawiązują się nowe przyjaźnie, rośnie poczucie wspólnoty i życie sąsiedzkie.

LETS sprzyja powstawaniu jednostek gospodarczych produkujących w oparciu o zasoby i możliwości społeczności lokalnej. Towary te przeznaczone są dla tej społeczności. Wzmacnia się samowystarczalność społeczności lokalnej. Prowadzi to również do zmniejszenia kosztów transportu i co za tym idzie emisji zanieczyszczeń. W przypadku waluty, która nie opuszcza regionu ma miejsce tzw. "efekt mnożnikowy waluty" - stale pomnaża się bogactwo tego regionu. Wydajemy pieniądze, aby sobie wzajemnie płacić za pracę, która służy społeczności lokalnej. Lokalna waluta nie opuszcza regionu lecz jest w nim inwestowana.

Argentyńska prowincja Salta

Gubernator Roberto Romero zaczął emitować lokalną walutę prowincji. Aby ominąć konstytucyjny zakaz, zabraniający prowincjom emisji własnych walut przyjął dla nowych pieniędzy formę obligacji. Drukowała je Narodowa Mennica. Obligacje wprowadzono do obiegu w 1984 roku oferując je jako zapłatę za pracę. Zatrudnieni mieli wybór: uzyskać zapłatę natychmiast, ale w banknotach obligacji, albo w "prawdziwych" pieniądzach, ale kilka dni później. Inflacja wymusiła wejście w obieg obligacji. Za wyborem obligacji przemawiało także to, iż w bankach prowincji można je było szybko wymienić po wartości na narodową walutę. Wkrótce nową walutę zaczęły akceptować sklepy. Można nią było opłacać wszystkie lokalne zobowiązania podatkowe. Trzy sąsiednie prowincje poszły w ślady Salty. W Salcie obligacje stanową 60% ogółu cyrkulujących pieniędzy. Wprowadzenie lokalnej waluty przyczyniło się do stworzenia nowych miejsc pracy i bardziej stabilnej lokalnej gospodarki.

Kredyt usług i Czasodolary

Innym interesującym środkiem płatniczym w usługach był pomysł uznanego prawnika Edgara Cahn. Czasodolary (Time Dollars) był kreowany przez ludzi w procesie pomagania sobie nawzajem.

Podstawową idei było to, ze każda osoba mogła na kredyt udzielić komuś pomocy, aby potem uzyskać pomoc od kogoś innego. Przedsięwzięcie wystartowało w zakresie usług na rzecz ludzi starszych, chorych, w edukacji, opiece nad dziećmi, lecz Cahn miał nadzieje, że rozszerzy się ono na innego rodzaju usługi.

Jednostką kredytu był Czasodolar (Time Dollar) - ekwiwalent jednej godziny usługi. Intencją była wymiana typu: godzina za godzinę. Przypuśćmy, że pani Kowalska spędziła dwie godziny na pomaganiu starszej pani Nowak, otrzymała ona 2 jednostki Czasodolarów. Później, gdy pani Kowalska będzie potrzebowała pomocy, może ona oczekiwać 2 godzin pomocy od innego uczestnika systemu. Ponieważ nie można tu było mówić o barterze usługi te nie podlegały opodatkowaniu.

W kwietniu 1993 działało 85 programów w 26 stanach, 20 było planowanych. W samym Miami, uczestnicy zarobili więcej niż 10,000 Czasodolarów (Time Dollars) na miesiąc pomagając sobie wzajemnie.

Czasodolary (Time Dollars) dostarczają uznania dla usług, które wcześniej były wykonywane charytatywnie. Jedną z głównych zalet było to, że dzięki Czasodolarom ludzie starsi, młodzież, bezrobotni nie musieli czuć się dalej odbiorcą czyjejś dobroczynności, ale mogli dać coś w zamian.

1. T.H. Greco, "Nowe pieniądze dla zdrowych społeczności" ("New Money for Healthy Communities")
2. H. Norberg-Hodge, "Idąc w kierunku społeczności: od lokalnej zależności do lokalnej międzyzależności" ("Moving toward community: from global dependence to local interdependence")
3. J. Reichel, "Lokalny recykling pieniądza"
4. J. Reichel, "Rzecz o pieniądzu dla lokalnych społeczności, czyli małe jest najpiękniejsze"
5. D. Weston, "Deprecjonujące waluty posiadane przez lokalne społeczności"
("Depreciating community-owned currencies")

 

 

Kupuj Lokalne!

to hasło kampanii Federacji Zielonych i Społecznego Instytutu Ekologicznego. Opowiadamy się za rozwojem drobnego handlu, dostarczającego nam zdrowej, smacznej i taniej żywności z miejscowych, tradycyjnych gospodarstw rolnych. Tylko taki model handlu zapewni nam żywność wysokiej jakości, zdrowe środowisko i trwałe miejsca pracy.

Rozwój hipermarketów w Polsce to:
wzrost bezrobocia - jedno miejsce pracy stworzone w hipermarkecie powoduje likwidację pięciu w drobnym handlu, rzemiośle, rolnictwie;

wzrost przestępczości - wyższe bezrobocie i propagowanie konsumpcyjnego stylu życia to więcej przestępstw;

zakorkowanie miast - hipermarkety powodują wzrost podróży samochodem, korki na wylotówkach zazwyczaj kończą się na olbrzymich parkingach przed hipermarketami;

chemizacja żywności - hipermarkety powodują uprzemysłowienie i chemizację rolnictwa, wymagają dużych dostawców - przemysłowe plantacje rolne, używające mnóstwo chemii i produkujące niezdrową żywność. Jednocześnie drobne, ekologiczne gospodarstwa tracą rynek i będą bankrutować. Polska żywność jest ewene- mentem w skali Europy - ma jeszcze smak;

zatrucie środowiska - hipermarkety powodują niepotrzebne dojazdy klientów, oraz wożenie towarów TIR-ami po całej Europie. W wielu hipermarketach nie można kupić miejscowych produktów, rzodkiewka pochodzi np. z Włoch, a sałata z Holandii. Przy transporcie tych towarów niepotrzebnie zatruwa się powietrze, którym oddychamy. Hipermarkety nadmiernie pakują towary, ograniczają użycie ekologicznych butelek zwrotnych; monopolizacja i zubożenie sieci handlowej - kiedy kilka koncernów opanowuje rynek, bardziej im się opłaca ustać ze sobą ceny i ciągnąć zyski, niż wyniszczać się cenowo. Bankructwo drobnych sklepów spowoduje, że by kupić najprostszą rzecz będziemy zmuszeni jechać samochodem i stać w korku;

drenaż pieniędzy z lokalnych społeczności - pamiętaj, pieniądze wydane w lokalnym sklepie prędzej czy później do ciebie wrócą (właściciel kupi coś u ciebie, płaci też podatki twojej gminie), pieniądze wydane w dużej sieci opuszczą twoją gminę, a nawet kraj, koncerny płacą podatki przez centralę, w dodatku zwykle korzystają z ulg, a zyski transferują za granicę.

Nie daj się nabrać!
W supermarketach nie jest taniej. Przejdź się na najbliższy bazar, a zobaczysz, że w marketach nie jest taniej. Uważaj, markety stosują podstępne taktyki. Oto podstawowe triki:

w folderach reklamowych informuje się o atrakcyjnych cenach kilkunastu produktów. Naiwny klient, przekonany o niskich cenach przyjeżdża na zakupy. Najczęściej nie uświadamia sobie, że tylko kilka towarów kupił po korzystnej cenie, a pozostałe po całkiem przeciętnej. W dodatku kupił mnóstwo niepotrzebnych rzeczy w ilościach, których się nie spodziewał;

towary najpotrzebniejsze umieszcza się na końcu, aby za każdym razem zwiedzić wszystko;

na początku umieszcza się owoce lub pieczywo - zapach powoduje uczucie głodu

promocje i obniżki - sugerują korzystny zakup, tymczasem często nawet w tym samym markecie można kupić ten sam produkt - bez promocji - taniej;

korzystna cena przy zakupie kilku sztuk - w efekcie zwiększa to twoją konsumpcję i wydatki;

drobiazgi umieszcza się przy kasie - byś myślał, że nie wpłyną znacząco na całkowity rachunek.

Małe jest piękne... a duże dotowane!
Konkurencja między marketami a sklepami nie jest uczciwa. Polskie państwo wspiera kocerny pomocą, która nie jest dostępna dla małego biznesu:

zwolnienia od podatku dochodowego i od nieruchomości za rzekome tworzenie miejsc pracy;
zwolnienia Ministra Finansów z podatku VAT;
zwolnienia Ministra Finansów z cła;
Markety notorycznie nie wykazują zysku, nie płacą więc podatku dochodowego. W 1999 r. Real, Geant, Ikea, Minimal nie zapłaciły ani zł podatku dochodowego (Rzeczpospolita, Lista 500)
Państwo dotuje też markety pośrednio, dotując budowę dróg i autostrad (dotacje do autostrad są 20 razy wyższe niż do kolei). Hipermarkety rozjeżdżają TIRami polskie drogi, nie ponosząc kosztów ich budowy i napraw, leczenia osób, którym spaliny zniszczyły zdrowie. Nie odpowiadają też za olbrzymie korki spowodowane dojazdami klientów. Wszystkie te koszty są przerzucane na podatników, do których markety przecież się nie zaliczają.

Opowiadamy się za:
stabilnym rozwojem drobnego handlu, opartego na dostawach od lokalnych, małych i ekologicznych gospodarstw rolnych i zakładów rzemieślniczych.
Domagamy się:
prowadzenia przez władze gmin prospołecznej polityki handlowej,
ograniczeń w budowie hipermarketów, tak jak w krajach Unii Europejskiej,
likwidacji ulg i zwolnień podatkowych,
wyznaczenia stałych, tanich targowisk w każdej dzielnicy, bez zmuszania kupców do budowy kosztownych pawilonów.


 

ALTERGLOBALIZM, ANTYGLOBALIZM - co to takiego?

Gdy daję jedzenie biednym nazywają mnie świętym. Gdy pytam, dlaczego biedni nie mają jedzenia, nazywają mnie komunistą
arcybiskup Helder Camara
Początki ruchu alterglobalistycznego

Nie ma zgodności co do tego kiedy ruch alterglobalistyczny powstał. Nie ma też ścisłej definicji czym jest. Z cała pewnością ruch ten jest odpowiedzią na szereg negatywnych zjawisk związanych z postępującą globalizacją gospodarki, która sprawia, że pogłębiają się dysproporcje pomiędzy biednymi i bogatymi, rośnie dewastacja środowiska. Majątek 358 światowych miliarderów przewyższa połączone roczne dochody blisko trzech miliardów ludzi; długość życia ludzi w krajach Trzeciego Świata jest o połowę krótsza od życia ludzi w krajach zachodnich. Połowa ludzi na świecie musi wyżyć za 2 dolary dziennie. Ponad 20 milionów pracuje jako niewolnicy. Niepohamowane dążenie do zysków i koncentracji kapitału skutkuje nie tylko bezprzykładnym wyzyskiem i głębokimi dysproporcjami społecznymi, ale także eksploatacją bogactw naturalnych i środowiska. W dalszym ciągu kurczą się obszary lasów tropikalnych, giną kolejne gatunki roślin i zwierząt, choć udaje się zredukować jedne typy skażeń, pojawiają się nowe zagrożenia jak choćby żywność modyfikowana genetycznie. Za wszystkie te negatywne skutki globalizacji - my alterglobaliści - obwiniamy korporacje i rządy.

Za początek naszego ruchu jedni przyjmują powstanie, które wybuchło 1 stycznia 1994 roku w maksykańskim stanie Chiapas. Inni przyjmują datę listopad 1999 roku i uliczne demonstracje w Seattle, od którego to momentu wiele krajów ogarnęła fala protestów przeciwko neoliberalnej polityce, otwierającej świat na działania wielkich korporacji. Dziś to korporacje, z definicji o strukturach nie demokratycznych, poprzez liczne spotkania, szczyty, konferencję determinują kierunki działań politycznych - bez czy nawet wbrew społecznemu przyzwoleniu. Coraz większe obszary życia społecznego zostają pod dyktando korporacji sprywatyzowane i skomercjalizowane. Cały glob, z jego zasobami i ludźmi został, przez posłusznych wielkiemu biznesowi polityków, wystawiony na sprzedaż. Kiedy gdzieś na świecie dochodzi do spotkania, na którym dyskutuje się kierunku działań, jak Światowe czy Europejskie Forum Ekonomiczne, pojawiamy się i my - alterglobaliści, aby głośno i zdecydowanie protestować przeciwko polityce rujnującej naszą gospodarkę, kulturę i środowisko. Przeciwko polityce nie poddanej społecznej kontroli.

Polska i globalizacja

Z perspektywy bogatej i dostatniej Europy problemy globalizacji wyglądają inaczej, jako - co najwyżej - pewnego typu problem do rozwiązania. Dla większości mieszkańców Trzeciego Świata to problem natury egzystencjalnej. Jednak również w Polsce coraz większa ilość osób dostrzega, że kapitalizm i globalizacja rujnuje ich życie skazując na bezrobocie, brak perspektyw, bezprzykładny wyzysk. Dziś w kapitalistycznej Polsce mamy ponad 20% bezrobocie; ponad 60% firm nie płaci pensji na czas; choć teoretycznie nastąpił wzrost płac realnych to dotyczył on tylko niewielkiej części społeczeństwa, głównie menedżerów, większości robotników płace realne spadły. Tylko 14% społeczeństwa polskiego twierdzi, że w ostatnich latach, w wyniku transformacji ustrojowej, doświadczyło awansu materialnego.

Mnożą się przykłady kiedy międzynarodowe koncerny działające na polskim rynku podnoszą swoje zyski kosztem pracowników, rolników i środowiska naturalnego. Sieci wielkich supermarketów jak Auchan czy OBI ignoruje polskie normy prawa pracy i ustawodawstwo związkowe. Firma Nestlé, znany potentat przemysłu spożywczego, którego roczne obroty w skali świata są dużo większe od budżetu Polski, oskarżany przez międzynarodowe organizacje o wspieranie pracy niewolniczej dzieci w Afryce, na przestrzeni ostatnich 10 lat zwolnił w Polsce (wykupując dobrze prosperujące przedsiębiorstwa jak Goplana czy Winiary) ponad 4 tysiące osób i odnotował wzrost obrotów z ok. 1 do 550 mln. euro rocznie. Koreański koncern Daewoo, którego władze wspierały reżim Ro Te Wu i dopuszczały się korupcji na skalę setek milionów dolarów, bankrutując pogrążył wiele polskich przedsiębiorstw, które wcześniej nabył. Daewoo Nysa Motor po strajku jaki miał miejsce w maju i czerwcu 2002 roku zwolniła wszystkich pracowników w ten sposób kompletnie dezorganizując lokalny rynek pracy. Kilka tysięcy osób musiało również odejść z FSO w Warszawie. W przemyśle hutniczym w wyniku liberalizacji i pod naciskiem Unii Europejskiej i zachodnich koncernów metalurgicznych w najbliższym czasie pracę straci prawdopodobnie ok. 30 tysięcy ludzi. Amerykański koncern Smithfields Food chce w Polsce wybudować ogromne tuczarnie świń. Gdyby się tak stało oznaczałoby to olbrzymie koszty ekonomiczne, ekologiczne i społeczne z powodu zatrucia środowiska i deregulacji lokalnych rynków rolnych. Wszędzie gdzie się jednak pojawi Smithfields Food wywołuje protesty lokalnej społeczności. Smithfields Food cieszy się ponurą sławą w USA, gdzie zmuszony jest płacić ogromne kary ekologiczne i jest oskarżany o wywołanie wielu chorób, na które cierpią mieszkańcy Karoliny Północnej. Na polskim rynku rolnym działa też "po cichu" - oferując swoje nasiona i środki ochrony roślin - koncern Monsanto, utożsamiany z eksperymentami genetycznymi.

Teoretycy

Wiele osób dostrzega coraz wyraźniej negatywne skutki globalizacji poddając ją krytyce i próbując wyznaczyć alternatywy. Do najbardziej znanych krytyków "zglobalizowanej cywilizacji" zaliczyć możemy Noama Chomskyego, Zygmunta Baumana, Noami Klein, Manuel Vazquez Montalban, Octavio Ianni i wielu innych. Wiele prac ukazało się na ten temat po polsku wymieńmy choćby: Noam Chomsky "Zysk ponad ludzi. Neoliberalizm a ład globalny", Zygmunt Bauman "Globalizacja. I co z tego dla ludzi wynika", a także Hans Peter Martin i Harald Schumann "Pułapka globalizacji. Atak na demokrację i dobrobyt", David C. Korten "Świat po kapitaliźmie. Alternatywy dla globalizacji".

Ruch

Ruch alterglobalistyczny jest niejednorodny, amorficzny i obejmuje całe spektrum różnego typu innych ruchów, organizacji, ugrupowań itd. W skład szeroko pojętego ruchu alterglobalistycznego wchodzą zarówno grupy anarchistyczne, jak też radykalnej lewicy, organizacje ekologiczne, ruch feministyczny, stowarzyszenia, ruchy i organizacje chłopskie, związki zawodowe, ruchy pacyfistyczne i antymilitarystyczne, niektóre ugrupowania katolickie i chrześcijańskie, itd. Pomimo obiegowej opinii utożsamiającej ruch altergolalistyczny z wydarzeniami takimi jak w Seattle, Pradze czy Genui główne działania większej części ruchu skupiają się na konkretnych sprawach i dotyczą poziomu lokalnego, regionalnego czy krajowego. Organizacja wszelkiego typu spektakularnych protestów podczas międzynarodowych konferencji WTO, Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Światowego Forum Ekonomicznego, Europejskiego Forum Ekonomicznego, spotkań G7 czy G8 to tylko "czubek góry lodowej" całej masy innych, najczęściej mniej medialnych, działań podejmowanych przez ruch alterglobalistyczny.

Program alternatywny wobec globalnego kapitalizmu

Alternatywa dla globalnego kapitalizmu jest przez ruch alterglobalistyczny budowana na kilku poziomach. Pierwszy z nich - teoretyczny - najlepiej zaobserwować poprzez pryzmat dyskusji jakie się odbywają na wszelkiego typu forach społecznych zarówno na poziomie światowym (Porto Alegre, a ostanie w styczniu 2004 roku w Bombaju), europejskim (2002 - Florencja, 2003 - Paryż), czy krajowych, a dalej regionalnych i lokalnych. Na spotkaniach tych omawiane są najważniejsze problemy dotyczące współczesnego świata. Na przykład na ostatnim Europejskim Forum Społecznym w Paryżu dyskusje były zorganizowane w pięciu blokach tematycznych: (1) "Przeciwko wojnie - o Europę pokoju, sprawiedliwości i solidarności"; (2) "Przeciwko neoliberalizmowi - o demokratyczną i socjalną Europę"; (3) "Przeciwko logice zysku o ekologiczne i zrównoważone społeczeństwo i sprawiedliwość społeczną"; (4) "Przeciwko procesowi utowarowienia -o Europę demokratycznej informacji, kultury i edukacji"; (5) "Przeciwko rasizmowi, ksenofobii i wykluczeniu - o Europę równych praw i dialogu między kulturami". Odbyło się łącznie 55 sesji plenarnych i ok. 250 seminariów, a także liczne warsztaty, targi literatury niezależnej i imprezy kulturalne. Uczestniczyło ponad 30 tys. osób.

Na płaszczyźnie praktycznej jednym z najważniejszych problemów w jakie zaangażowany jest ruch alterglobalistyczny to budowa demokracji uczestniczącej i wolnościowy municypalizm. W wielu gminach odradza się oddolna demokracja, gdzie mieszkańcy sami biorą sprawy w swoje ręce. Najbardziej znanym przykładem jest Porto Alegre (1,3 mln. mieszkańców) w Brazylii, gdzie w decyzjach bezpośrednio uczestniczy grono 50 tysięcy osób. Za przykładem Porto Alegre poszły inne miejscowości: Belo Horizonte, Recife, San Paulo, Toronto, Guelph. Również w Europie można zaobserwować liczne przykłady odradzania się demokracji uczestniczącej np. w kilku podparyskich gminach: Babigny, Sant Denis, Ivry. W Ivry (gminie liczącej 51 tysięcy mieszkańców) 16 tysięcy osób uczestniczy w pracach ponad 270 lokalnych rad podejmujących ważne decyzje i konsultacje dotyczące życia całej miejscowości w tym budżetu miejskiego i planowania przestrzennego. Można też wymienić angielski Manchester czy hiszpańską miejscowość San Feliu de Liobregat. Innym przykładem jest zaangażowanie ruchu alterglobalistycznego w urealnianie demokracji na poziomie pracowniczym: rady załogowe, samorząd pracowniczy, spółdzielczość, spółki pracownicze, itd. są działaniami idącymi pod prąd obecnym tendencjom, prywatyzacji i paternalizacji przedsiębiorstw. Po rewolcie w Argentynie (grudzień 2001), kiedy okazało się, że system kapitalistyczny może się zwyczajnie załamać, wiele zakładów przeszło w ręce pracowników, którzy dowiedli, że robotnicy mogą skutecznie zarządzać zakładami pracy. Ruch alterglobalistyczny jest także szeroko zaangażowany w budowę niezależnych mediów (np. Indymiedia - www.pl.indymedia.pl) i niezależnej kultury (np. Centra Sociale).

Czy globalizacja niesie za sobą korzyści?

Jeżeli tak, to akurat nie te, na które jej obrońcy (czy raczej przeciwnicy alterglobalizmu) zwracają największą uwagę. Przede wszystkim zyskaliśmy świadomość, że nie żyjemy w oderwaniu od tego co dzieje się tysiące kilometrów od nas, że głód, nędza, wyniszczające wojny, morderstwa dokonywane przez istniejące tyranie, degradacja środowiska naturalnego i tym podobne zjawiska wciąż istnieją i jesteśmy za nie wspólnie odpowiedzialni, że dewiza: "Myśl globalnie, działaj lokalnie" ma swój jeszcze większy sens niż kiedykolwiek przedtem. Mając na uwadze globalną skalę zjawisk, odwołujemy się jednak do tego co lokalne, do codziennej praktyki, do indywidualnych wyborów i bezpośrednich związków z ludźmi.

Jarosław Urbański
Koalicja Grup Wolnościowych "Antyszczyt Wa29"
www.wa29.org
www.antyszczyt.w.wpl
www.pl.indymedia.org

 

REFLEKSJE:Wolnościowa krytyka globalizacji ekonomicznej.

I. Globalizacja czyli neokolonializm.
Choć termin globalizacja jest pojęciem nowym, to jednak w gruncie rzeczy samo
zjawisko, jakim jest globalizacja, do nowych nie należy. Zaczynem globalizacji
stały się podboje kolonialne prowadzone przez państwa Europy Zachodniej w
Afryce, Ameryce i innych częściach świata, dzięki którym państwa te zaczęły
czerpać korzyści finansowe z eksploatacji bogactw i siły roboczej w swoich
koloniach. Wtedy to właśnie pojawił się globalny wyzysk i globalny zysk.
Eksploatacja kolonii stała się jedną z przyczyn powstania w Europie Zachodniej
kapitalizmu, bowiem kapitalizm rozwinął się dzięki bogactwom naturalnym krajów
podbitych i taniej sile roboczej (również niewolniczej) pochodzącej z kolonii.
Kapitalizm jest więc ściśle powiązany z kolonializmem państw zachodnich –
dodajmy – jest powiązany tak ściśle, iż bez kolonializmu nie istnieje. Jak
wiadomo w związku z narastającą po II Wojnie Światowej falą aspiracji
narodowowyzwoleńczych ludności skolonizowanej przez Zachód, państwa zachodnie
wycofały się z większości swoich kolonii, gdyż finansowanie dużej ilości wojska
i policji, koniecznej do utrzymania w posłuszeństwie buntującej się ludności
krajów skolonizowanych, stało się po prostu zbyt drogie. Kapitalizm nie
istnieje jednak bez kolonializmu, a ponieważ państwa zachodnie są państwami
kapitalistycznymi, więc i one bez kolonii nie mogły prawidłowo funkcjonować.
Państwa kapitalistyczne musiały więc stworzyć nową wersję kolonializmu. W
neokolonializmie podstawowym narzędziem uzależnienia byłych kolonii od państw –
kolonizatorów stał się pieniądz, kapitał, a nowymi konkwistadorami zostali
kapitaliści, właściciele ogromnych koncernów kapitalistycznych. Uzależnienie
byłych kolonii od państw Zachodu ma więc dziś naturę głównie ekonomiczną, choć
zachodni kolonialiści potrafią używać także argumentów militarnych, jeśli
sytuacja w krajach rozwijających się zagraża ich interesom ekonomicznym.
Współczesna globalizacja ekonomiczna, o której się tak wiele ostatnio mówi, to
nic innego, jak kolejny etap rozwoju neokolonializmu (i kapitalizmu), cechujący
się postępującym wzrostem znaczenia wielkich korporacji i znoszeniem barier
krępujących ich wpływy, a także przeniesieniem pewnych kompetencji państw
narodowych na międzynarodowe instytucje kapitalistyczne. Nie należy jednak
zapominać, tak jak czynią to często lewicujący antyglobaliści, iż za
globalizacją, wzrostem znaczenia instytucji kapitalistycznych, stoją państwa
Zachodu, które świadomie rezygnują z części kompetencji na rzecz wielkiego
kapitału, aby tym skuteczniej wyzyskiwać państwa rozwijające się. Przecież
ostatecznie centrale wielkich koncernów nie są zawieszone w przestrzeni
wirtualnej, ale swoje siedziby mają w konkretnych państwach kapitalistycznych,
których elity są powiązane z owymi koncernami. Z tego powodu państwa zachodnie
(czytaj: elity polityczne) mają swój udział w globalizacji ekonomicznej, tworząc
dla wielkiego kapitału odpowiednie warunki prawne, jak również wspierając go
politycznie i militarnie, a wszystko to w imię neokolonializmu, a więc wyzysku
dawnych kolonii, zwanych państwami rozwijającymi się. Już czas, aby lewacy i co
poniektórzy ekolodzy zdali sobie sprawę z tego, iż państwa zachodnie nie
zatrzymają procesów globalizacyjnych, gdyż globalizacja jest zjawiskiem, za
którym stoją państwa kapitalistyczne.
Procesu globalizacji nie zatrzymają również państwa rozwijające się, bo są na to
ekonomicznie zbyt słabe, a poza tym elity rządzące tymi państwami ciągną
określone zyski z kolaboracji z koncernami i stojącymi za nimi rządami państw
kapitalistycznych, dlatego też rządy krajów III Świata nie przeciwstawią się
procesowi globalizacji, nawet jeśli jest on niekorzystny dla szerokich rzesz ich
obywateli. Lewicujący antyglobaliści łudzą się, kiedy mówią, że można przecież
wybrać w wyborach do parlamentu uczciwych ludzi (mają tu na myśli najczęściej
siebie), którzy przeciwstawią się globalizacji. Demokracja parlamentarna
wytworzyła takie mechanizmy, które wiążą elity polityczne z wielkim kapitałem
(również międzynarodowym). Bez poparcia owego kapitału (np. mediów, będących w
rękach wielkich koncernów) nikt nie ma szans na wygranie wyborów, a jeśli już
nawet je wygra, to nie ma wielkiej szansy na utrzymanie się przy władzy, dlatego
iż kapitał może wywrzeć presję ekonomiczną na nieprzychylnie nastawiony do niego
rząd, chyba że zaraz po wyborach ów rząd przeprowadzi niezbędne korekty w swoim
programie. I tak, kraje w radykalny sposób sprzeciwiające się kapitałowi można
obłożyć np. embargiem, odmówić im potrzebnej pożyczki lub obłożyć ją
lichwiarskimi odsetkami, osłabić ich walutę poprzez spekulacje giełdowe, co
stawia niesforny rząd przed koniecznością cięć budżetowych, a stąd już tylko
krok do jego obalenia przez niezadowolonych obywateli. A jeśli zabiegi
ekonomiczne nie dadzą oczekiwanego rezultatu, jakim jest upadek
antykapitalistycznego rządu, to zawsze można wysłać do zbuntowanego kraju wojsko
w ramach walki o „wolność i demokrację”, albo jeszcze lepiej: znaleźć grupę
lokalnych wojskowych, gotową do przywrócenia ładu w swoim kraju przy braterskim
wsparciu USA lub innego kochającego demokrację kraju kapitalistycznego. Takie
scenariusze były wszak przerabiane w wielu krajach rozwijających się. Innymi
słowy: karty do gry w politykę i gospodarkę rozdaje zawsze ten, kto ma
pieniądze, a że to właśnie kapitał i państwa zachodnie mają pieniądze, więc
można się spodziewać, iż to właśnie te siły będą decydować o tym, kto rządzi w
państwach rozwijających się, a nie lewicujący działacze antyglobalistyczni,
chyba że staną się oni częścią systemu, łagodząc swoje hasła i wprowadzając
jedynie kosmetyczne zmiany w obecny układ. Chcąc powstrzymać globalizację
ekonomiczną należy zatem wyjść poza państwo. O tym, w jaki sposób można walczyć
z globalizacją bez odwoływania się do koncepcji państwa narodowego, napiszę w
ostatniej części niniejszego opracowania. Teraz przejdę do omówienia
mechanizmów, dzięki którym dokonuje się globalizacji ekonomicznej.
II. Prawdziwe oblicze globalizacji ekonomicznej.
Głównym celem ekonomii kapitalistycznej jest maksymalizacja zysków. Jednym z
zasadniczych mechanizmów pozwalających na maksymalizację zysków jest obniżenie
kosztów produkcji. Koszty produkcji obniża się przez znalezienie taniej siły
roboczej, a także poprzez tanie i łatwe nabywanie surowców i półproduktów.
Wymarzonym źródłem taniej siły roboczej i surowców są państwa rozwijające się.
Państwa te przez dziesiątki, a nawet setki lat uzależnienia od kolonizatorów nie
zdołały wytworzyć własnego przemysłu opartego na wysoko zaawansowanych
technologiach, gdyż kolonizatorzy nie pozwalali im na rozwój takiego przemysłu,
uzależniając owe państwa od produktów wytwarzanych przez firmy zachodnie. W
związku z tym w krajach skolonizowanych wśród ludności tubylczej nie powstała
warstwa wykształconych technicznie specjalistów, co oznacza, iż ludności tej
przypadła rola taniej, bo niewykwalifikowanej siły roboczej. W koloniach mógł co
najwyżej rozwijać się przemysł związany z wydobyciem surowców i prostych, tanich
wyrobów. Po opuszczeniu przez państwa zachodnie swoich kolonii, kraje III Świata
nie posiadały więc ani zaawansowanego technicznie przemysłu, ani fachowców,
którzy mogliby przemysł taki stworzyć. Kraje te były zatem uzależnione od swoich
byłych kolonizatorów, którzy zaoferowali im „pomoc” w rozwoju ich potencjału
gospodarczego. Zachodnie koncerny zaczęły inwestować kapitał w krajach
rozwijających się, a także udzielać pożyczek swoim byłym koloniom. Z pozoru więc
wyglądało na to, iż państwa rozwijające się otrzymały pomoc od państw
zachodnich, w praktyce jest jednak tak, że neokolonizatorzy inwestują w te
gałęzie przemysłu, które nie należą do wysoko zaawansowanych technologicznie, a
więc nie przyczyniają się do znaczącego podniesienia poziomu technicznego
przemysłu krajów III Świata, zatrzymując jednocześnie u siebie najnowsze
technologie i intratne gałęzie przemysłu. Inwestorzy zachodni sprawują też
kontrolę nad produkcją krajów rozwijających się, gdyż to właśnie oni stanowią
wykwalifikowaną kadrę w krajach, do których przenieśli produkcję. Inwestycje
kapitału zachodniego nie przyczyniają się zatem do rozwoju technologicznego
krajów III Świata, ani do powstania w tych krajach wysoko wykształconej kadry
technicznej i biznesowej, dzięki czemu pracownikom z krajów rozwijających się
można wypłacać znacznie mniejsze wynagrodzenie od wynagrodzenia pracowników z
krajów zachodnich. Dzięki temu firmy zachodnie mogą zarobić o wiele więcej w
krajach rozwijających się niż w krajach wysokorozwiniętych. Zyski wypracowane
przez zachodnie firmy w krajach rozwijających się są w dużej części wyprowadzane
z tych krajów do krajów zachodnich. Oczywiście tymi, którzy bezpośrednio
zarabiają na produkcji w krajach III Świata są firmy kapitalistyczne, jednak
firmy te wpuszczają zarobione pieniądze w system gospodarczy krajów Zachodu,
przynosząc w ten sposób stojącym za nimi krajom zachodnim określone zyski.
W celu łatwiejszego przenoszenia produkcji z krajów zachodnich do krajów III
Świata, likwidacji barier stanowiących przeszkodę dla ekspansji zachodniego
kapitału, 15 kwietnia 1994 roku powstała Światowa Organizacja Handlu (WTO). Jej
członkami są zarówno państwa zachodnie, jak i kraje rozwijające się, których
parlamenty ratyfikowały przystąpienie do WTO. Zadaniem WTO jest między innymi
obniżanie ceł, a także wpływanie na parlamenty krajowe, aby stanowione przez nie
prawo sprzyjało pomnażaniu zysków firm kapitalistycznych (np. ulgi podatkowe).
Jeśli więc zdaniem WTO prawo jakiegoś kraju nadmiernie eksponuje prawa
pracownicze lub zawarte są w tym prawie rygorystyczne regulacje w zakresie
ochrony środowiska, w związku z czym zyski inwestorów są niższe od oczekiwanych,
to WTO może nałożyć na ów kraj kary finansowe. Dodajmy, że wniosek o ukaranie
kraju, który nie stwarza „korzystnych” warunków dla inwestorów zagranicznych,
składa państwo, z którego pochodzą niezadowolone firmy. Widać więc wyraźnie, że
za procesem globalizacji ekonomicznej stoją organizacje państwowe i to zarówno
państwa zachodnie, jak i państwa III Świata, których elity czerpią zyski z
kolaborowania z WTO.
Dzięki WTO zagraniczni inwestorzy zyskują szereg ulg i przywilejów w kraju, do
którego przychodzą z kapitałem. Uprzywilejowanie zagranicznych podmiotów
gospodarczych prowadzi do upadku lokalnych producentów i handlowców, którzy nie
są w stanie wytrzymać nieuczciwej konkurencji. Upadek lokalnej produkcji i
handlu jest uderzeniem w społeczności lokalne, które na skutek degrengolady
rodzimych form gospodarki zaczynają biednieć (likwidowane są np. miejsca pracy w
upadających zakładach pracy, sklepach), a także zatracają swój charakter
kulturowy, bowiem wraz z pojawieniem się nowych, obcych wzorców produkcji i
handlu zmienia się także charakter więzi międzyludzkich i ludzkich zachowań.
Oczywiście tymi, którzy ze swoimi firmami i produktami wkraczają do innych
krajów są państwa zachodnie, gdyż to właśnie one dysponują silnym, ekspansywnym
kapitałem, rozwiniętą gospodarką itp.
Często mówi się, że krytyka WTO jest atakiem na wolny rynek, gdyż WTO stara się
znosić bariery krępujące swobodny przepływ kapitału. Problem polega jednak na
tym, że wolność gospodarcza, o którą WTO podobno tak bardzo zabiega, jest
wolnością dla niektórych, a konkretnie dla tych, którzy są silni gospodarczo,
dla słabych zaś wolność ta oznacza ruinę lokalnych producentów i handlowców,
uzależnienie gospodarcze od firm pochodzących z krajów wysokorozwiniętych, bo
jeśli upada własny przemysł i handel, to stajemy się zależni od przemysłu i
handlu obcego pochodzenia. Poza tym, gdy chodzi o zabezpieczenie interesów
państw zachodnich, to WTO potrafi zachowywać się tak, jak organizacja żywcem
wyjęta z realnego socjalizmu, lansując model gospodarki nakazowo-rozdzielczej.
Weźmy chociażby niedawne protesty polskich hodowców drobiu, którzy protestowali
przeciwko importowi drobiu z krajów, w których dotuje się produkcję drobiu.
Jasne jest – argumentowali hodowcy polscy – że z taką dotowaną konkurencją nie
wygrają i staną na krawędzi bankructwa. W odpowiedzi usłyszeli, że import drobiu
wynika ze zobowiązań Polski wobec WTO, w związku z czym nie może być wstrzymany,
zresztą Polska i tak wynegocjowała z WTO korzystne warunki importu, bo ilość
zakontraktowanego drobiu nie jest duża. Co wynika z odpowiedzi, którą otrzymali
polscy hodowcy drobiu? A to, iż polityka gospodarcza WTO jest polityką
nakazowo-rozdzielczą. WTO ustala co, ile i od kogo trzeba kupić i należy na te
odgórne ustalenia przystać, jeśli nie chce się być ukaranym przez WTO. Jednym
słowem, problemy polskich producentów drobiu nie wynikają z ich nieudolności w
grze wolnorynkowej, ale wynikają z tego, iż WTO nie kieruje się zasadami wolnego
rynku, ale interesem państw zachodnich i firm pochodzących z tych państw. Oto
neokolonializm w całej pełni, w tej konkretnej sytuacji zwrócony przeciwko
Polsce, która jest – wraz z innymi krajami postsocjalistycznymi – rodzajem
europejskiego III Świata.
Warto przyjrzeć się teraz innym globalnym instytucjom ekonomicznym. W lipcu 1944
roku na konferencji w Bretton Woods powołano do życia World Bank (Bank Światowy)
oraz International Monetary Fund (Międzynarodowy Fundusz Walutowy). W wyżej
wymienionych instytucjach przyjęto zasadę, że ilość głosów posiadanych przez
poszczególne państwa skupione w tych organizacjach jest proporcjonalna do
zasobów finansowych posiadanych przez poszczególne państwa członkowskie. Dzięki
temu grupa G7 i inne państwa Europy Zachodniej mają zdecydowaną większość głosów
i w gruncie rzeczy, to one decydują o kształcie tych organizacji. Zadaniem BŚ i
MFW jest udzielenie pożyczek krajom rozwijającym się. W przypadku BŚ pożyczki te
są przeznaczane na konkretne przedsięwzięcia, tj. budowę dróg, infrastruktury
energetycznej itp., natomiast MFW udziela pożyczek dofinansowujących system
płatniczy w danym kraju.
Co jest złego w działalności BŚ i MFW? Otóż organizacje te i wiodące w nich prym
państwa zachodnie zrozumiały, iż kraje rozwijające się, chcąc nadrobić zacofanie
gospodarcze będą musiały pożyczać w tym celu pieniądze. Rzeczywiście tak się
stało; zwłaszcza w latach siedemdziesiątych kraje rozwijające się zaczęły brać
wielkie kredyty na inwestycje, w ten sposób kraje te znalazły się w tak zwanej
„pułapce zadłużenia”, okazało się bowiem wkrótce, iż państwa III Świata nie są w
stanie spłacić nawet narastających w zastraszającym tempie odsetek, nie mówiąc
już o całości zaciągniętych długów. Według danych samego BŚ na początku tzw.
„kryzysu zadłużenia” suma długów wynosiła 739mld USD. W 12 lat później, po
spłaceniu 2bln 171mld USD, suma zadłużenia wzrosła 3-krotnie i wynosiła już 2bln
81mld USD. W „pułapkę zadłużenia” wpadła również Polska, która, podobnie jak i
inne państwa III Świata, ma coraz większe długi. Do końca roku 2001 zadłużenie
Polski wyniosło ok. 320mld zł., natomiast pod koniec roku 2002 wyniesie już
440mld zł., czyli będzie ono większe niż dwuletnie wpływy do budżetu państwa.
Inne kraje rozwijające się są w jeszcze gorszej sytuacji.
Oczywiście powiększające się zadłużenie wpływa negatywnie na poziom życia w
krajach rozwijających się, gdyż rządy tych krajów zamiast wydawać pieniądze na
oświatę, służbę zdrowia itp. muszą spłacać rosnące wciąż odsetki i nowe pożyczki
brane po to, aby spłacić stare pożyczki. W związku z tym w krajach afrykańskich
i w Ameryce Łacińskiej nastąpiło obniżenie PKB o nawet 50%. W celu lepszego
zobrazowania dramatycznej sytuacji krajów zadłużonych posłużę się kilkoma
egzemplifikacjami. W Mozambiku na przykład przeznacza się na spłatę długów 40%
przychodów budżetowych, czyli trzy razy więcej niż wynoszą nakłady tego kraju na
edukację i służbę zdrowia. Nic dziwnego, że 80% kobiet w Mozambiku nie umie
czytać, a 60% mieszkańców nie jest objętych opieką medyczną. W Zimbabwe po
zastosowaniu programu gospodarczego, zaproponowanego temu krajowi przez BŚ i
MFW, którego celem było zgromadzenie środków finansowych na spłatę zaciągniętych
długów, ograniczono wydatki na szkolnictwo o 29%, a na służbę zdrowia o 34%, w
związku z czym podwoiła się liczba kobiet umierających w czasie porodu. W
Tanzanii w 1983 roku 10% bogatych posiadało 24 razy więcej dóbr niż 10%
najbiedniejszych, w dziesięć lat później różnica ta była już 1000-krotna!
Oprócz pogarszających się warunków życia swoich obywateli, państwa rozwijające
się uzależniły się od państw zachodnich skupionych w BŚ i MFW, wszak jasne jest
chyba, że dłużnik nie stawia warunków, lecz musi dostosować się do żądań osób
lub instytucji, u których jest zadłużony. Jakie warunki postawiły państwa
zachodnie swoim dłużnikom z III Świata? Otóż pod pozorem pomocy i dawania
„dobrych rad” w zakresie ekonomii, MFW i BŚ wymyśliły tzw. Programy Dostosowania
Strukturalnego (Structural Adjustment Programs – SAP). Dzięki nim państwa
rozwijające się miały rzekomo zdobyć fundusze na spłacenie zaciągniętych na
Zachodzie długów. W ramach SAP państwa III Świata miały korzystać z doświadczeń
wolnorynkowych krajów zachodnich, które przysłały nawet specjalne ekipy swoich
ekspertów mających pomóc krajom rozwijającym się przy wprowadzaniu reform
wolnorynkowych. W ramach SAP MFW i BŚ udzielają kolejnych pożyczek krajom
rozwijającym się, które przeznaczane są zwłaszcza na restrukturyzację systemu
finansowego, jak również na inwestycje infrastrukturalne. „W chwili obecnej suma
pożyczek BŚ przekroczyła 200 miliardów dolarów. W roku 1999 Bank pożyczył 28, 9
miliardów dolarów ponad 80 krajom.” W ten sposób dług państw III Świata
powiększa się ciągle, a inwestycje związane z rozwojem infrastruktury państw
rozwijających się realizowane są głównie przez firmy zachodnie, które dzięki
temu mają nowe źródło dochodów. Jednym słowem dzięki SAP państwa zachodnie
zrzeszone w BŚ i MFW zarabiają na zwiększających się nieustannie odsetkach, a
firmy zachodnie mają rynek zbytu dla swojej technologii, chemii, paliw itp.,
uzależniając jeszcze bardziej od swych produktów kraje rozwijające się. W
związku z napływem zachodnich technologii, produktów i usług, upada w krajach
rozwijających się lokalna produkcja i handel, a to skazuje owe kraje na import
towarów i usług z Zachodu. „Odpowiedzialność za zaciąganie kredytów przez rządy
państw korzystających z usług BŚ spada na obywateli, gdyż to oni muszą je
spłacać. Zwykli ludzie nie mają też wpływu na sposób, w jaki zostają wydane
pożyczone pieniądze, co sprzyja malwersacjom – widać to wyraźnie na przykładzie
Rosji, gdzie politycy sprzeniewierzyli 4,8mld dolarów wpłacając je na swoje
prywatne konta w Szwajcarii. Za sprawą SAP, od lat osiemdziesiątych, notuje się
znaczny odpływ pieniędzy z krajów rozwijających się, które zapłaciły krajom
Północy pięć razy więcej pieniędzy (w towarach, usługach i spłatach) niż same
otrzymały. Urzędnicy amerykańskiego ministerstwa skarbu wyliczyli, że za każdego
dolara oddanego przez rząd na międzynarodowe programy rozwojowe, amerykańscy
eksporterzy otrzymują dwa dolary z powrotem.” Przysyłane przez Zachód ekipy
ekspertów ekonomicznych wpływają na rozwój gospodarczy państw rozwijających się,
prezentując pakiety gotowych rozwiązań gospodarczych w duchu neoliberalnym,
które to rozwiązania muszą być wprowadzone w życie przez rządy krajów
zadłużonych, gdyż jest to jeden z warunków udzielenia kolejnych pożyczek przez
BŚ oraz MFW i tak jakoś dziwnie się składa, że na skutek doradztwa zachodnich
ekonomistów w krajach III Świata redukuje się rodzimy przemysł, handel i
rolnictwo, zastępując lokalne produkty towarami importowanymi.
Tak właśnie stało się w Polsce, która – jak wyjaśnił p. Olechowski
miesięcznikowi Polityka za czasów swojej działalności ministerialnej – musi
uzgadniać swój budżet z MFW, bo od tego uzależniona jest redukcja polskiego
zadłużenia! Polska jest więc kolejnym królikiem doświadczalnym BŚ i MFW. „Plan
Balcerowicza był w rzeczywistości zmodyfikowanym planem MFW. Otwarcie polskiej
gospodarki (m.in. przez obniżenie ceł) na wniosek MFW, zamiast dofinansowywać
krajowe przedsiębiorstwa dobiło je lub oddało w ręce zagranicznego kapitału. W
marcu 1991 r. w zamian za przyznane warunkowo przez MFW ulgi w spłacie odsetek z
długów, podpisano porozumienie, zgodnie z którym polski rząd utrzymał stały kurs
waluty, co przy urzędowym podniesieniu cen nośników energii i ograniczeniu
dotacji wymusiło dalszy szybki wzrost cen krajowych i sprawiło, że import stał
się jeszcze bardziej opłacalny. Rząd zobowiązał się do dalszego obniżenia ceł,
swobody wywozu zysku oraz blokowania wzrostu płac (tradycyjne tłamszenie rynku
wewnętrznego), co mogło oznaczać tylko dalszą zapaść sektora państwowego.
Wywołało to wkrótce masowe protesty różnych grup zawodowych, a MFW z kolei był
niezadowolony z niewykonania narzuconych przez siebie warunków „stabilizacji”.
Na początku 1992 ukazał się raport Banku Światowego „Polska – przekształcenia
ekonomiczne na rozdrożu”, w którym chwalono polską transformację, że „zrywa z
tradycją gwarancji zatrudnienia od kołyski do grobu i sprowadza rządowy system
ochronny do roli ostatniej deski ratunku”. W styczniu 1991 Bank Światowy
przedstawił program restrukturyzacji polskiego sektora węglowego, zakładający w
wariancie długoterminowym zamknięcie 36 do 56 kopalń i redukcje zatrudnienia o
193-302 tysiące przy jednoczesnym przejściu Polski na import węgla. Po
dziesięciu latach możemy przyznać, że ta „propozycja nie do odrzucenia” jest w
końcu bliska realizacji.”
III. Jak powstrzymać globalny neokolonializm ekonomiczny?
Z całą pewnością nie da się powstrzymać globalizacji ekonomicznej przy pomocy
państwa, jak naiwnie wyobrażają to sobie lewacy, narodowcy i pewni ekolodzy,
należy bowiem zauważyć, że za koncernami kapitalistycznymi i instytucjami
międzynarodowego kapitału stoją państwa, zarówno bogate, jak i biedne. Wszak WTO
zostało powołane do życia przez parlamenty państwowe i jego członkami są państwa
reprezentujące związane z nimi grupy kapitałowe, a w BŚ i MFW głosują
przedstawiciele poszczególnych państw i to oni popychają globalizację naprzód.
Instytucje państwowe idą więc ramię w ramię z globalnym kapitałem i nie należy
się spodziewać, aby zostało to zmienione przez grupki lewaków, narodowców, czy
zielonych, pragnące przejąć władzę w państwie i dzięki temu powstrzymać WTO,
MFW, BŚ itp. Ludzie ci nie zostaną dopuszczeni do władzy, gdyż o tym, kto władzę
sprawuje, decydują dziś wielkie koncerny i międzynarodowe instytucje
kapitalistyczne, które mogą wspierać polityków sprawujących władzę, ale również
mogą niszczyć tych, którzy wykazują zbyt daleko idącą samodzielność w sprawach
ekonomicznych. Oznacza to, iż ratunku szukać trzeba nie w państwie, ale w czymś
innym.
Tym innym, stanowiącym alternatywę dla państwa, jest wspólnota lokalna, a także
grupa pracownicza i to właśnie w silnych samorządach lokalnych i pracowniczych
należy upatrywać nadziei na powstrzymanie globalizacji. Ktoś może jednak
powiedzieć, że skoro państwo nie jest w stanie powstrzymać globalizacji, to
dlaczego ma to zrobić samorząd? Skąd w ogóle ten pomysł, aby dowartościować
samorządność?
Otóż stwierdziliśmy wyżej, iż globalizacja uderza głównie we wspólnoty lokalne,
niszcząc lokalną produkcję, handel, a także specyfikę kulturową i styl życia.
Ludzie żyjący we wspólnotach lokalnych mają więc interes w powstrzymaniu
globalizacji, w przeciwieństwie do elit politycznych, które z uwagi na
uprawnienia związane ze sprawowaną przez nie władzą, zostały uwikłane przez
wielki kapitał w jego ekspansję, w zamian za określone korzyści finansowe i
polityczne. Pomoc finansowa dla państwa, pochwały w środkach masowego przekazu,
prestiżowe nagrody przyznawane „wybitnym ekonomistom” państwowym w stylu Leszka
B., intratne posady w instytucjach międzynarodowego kapitału (vide Hanna
Gronkiewicz – Waltz) – to wszystko oferuje kapitał politykom lobbującym na jego
rzecz. Warto więc być przyjacielem kapitału, a nie jego wrogiem, bo wtedy nie ma
mowy o wsparciu medialnym, nagrodach, posadach, pożyczkach dla państwa i
redukcjach długu, nie ma szans na dostanie się w pobliże rządowego koryta.
Politycy mają więc silną motywację do wspierania globalizacji ekonomicznej. Nie
ma jej jednak krawiec z mojego osiedla, ani pani handlująca pietruszką na
pobliskim rynku, bo oni nie sprawują wielkiej władzy, w związku z czym nie liczą
nawet na prestiżowe nagrody i intratne stanowiska przydzielane w instytucjach
międzynarodowego kapitału, nie oczekują, że kapitalistyczne media napiszą na
pierwszych stronach, jakimi wielkimi są ekonomistami. Za to ludzie ci chcą, aby
zachodni supermarket lub koncern nie zabrał im ich miejsca pracy, a więc to
właśnie z nimi i im podobnymi można próbować zatrzymać globalizację. Jednak, aby
nie zepsuć nikogo z tych ludzi władzą i nie dopuścić do przemiany któregoś z
nich w lobbującego na rzecz wielkiego kapitału polityka, zamiast posyłać ich „w
posły”, należy razem z nimi domagać się autonomii dla wspólnot lokalnych. Skoro
globalizacja narzucana jest dołom przez odgórną władzę, to doły muszą po prostu
uniezależnić się od tej władzy, organizując się oddolnie. Jak można uniezależnić
się od odgórnej władzy? A choćby organizując niezależne sieci wymiany usług i
produktów, tworząc wolne szkoły, firmy, przejmując zakłady pracy przez
pracowników. Wszystkimi tymi inicjatywami kierowaliby sami ludzie na zasadzie
oddolnej, bezpośredniej demokracji, co oznacza mniej więcej to, iż mieszkańcy
jakiegoś osiedla, wsi lub pracownicy w danym zakładzie pracy wspólnie
podejmowaliby decyzje o miejscu swojego zamieszkania lub zakładzie pracy. Dzięki
temu uniezależniliby się od działającej na rzecz globalizacji władzy państwowej
i wielkich koncernów. Ponieważ poszczególne społeczności lokalne i pracownicze
nie przetrwałyby same w walce z tyranią państwa i kapitału, więc musiałyby
łączyć się w federacje współpracujących ze sobą wspólnot. Dzięki federacjom
skoordynowana zostałaby wymiana usług i towarów na znacznych obszarach,
federacje przejęłyby także szkolnictwo, służbę zdrowia, transport, utrzymanie
infrastruktury itp. Oczywiście w celu uniknięcia powstania odgórnej władzy,
która mogłaby wejść w orbitę zainteresowania wielkiego kapitału i zacząć
narzucać ludziom globalizację, federacje nie posiadałby żadnych organów władzy.
Decyzje podejmowane na szczeblu federacji uzgadniane byłby przez delegatów
reprezentujących stanowisko ludzi z danej wspólnoty lokalnej lub pracowniczej, a
tak pojęta federacja nie jest żadną odgórną władzą, ale forum dyskusyjnym, na
którym przedstawiane są opinie ludzi ze wspólnot lokalnych i pracowniczych.
Federacje mogłyby powoływać zespoły wykonawcze, które realizowałby podjęte przez
delegatów decyzje. Zespoły takie nie miałby więc kompetencji ustawodawczych,
gdyż kompetencje takie posiadaliby jedynie delegaci reprezentujący stanowisko
swojej społeczności lokalnej lub pracowniczej.
Oddolna organizacja szerokich rzesz społeczeństwa może pokrzyżować plany
globalistów narzucenia światu jednego modelu gospodarczego, politycznego i
zuniformizowanych wzorców kulturowych, bowiem uniezależniające się od państwa
wspólnoty lokalne i pracownicze byłby zainteresowane przeciwstawieniem się
wymierzonym w nie procesom globalizacji.
Zorganizowany oddolnie ruch mieszkańców i pracowników powinien domagać się też:
a)Umorzenia długów państw rozwijających się zaciągniętych przez rządy tych
państw lub spłacania ich z osobistych dochodów osób, które długi te zaciągnęły,
czyli elit rządzących.
b)Likwidacji takich instytucji jak BŚ i MFW, gdyż ich działanie nie ma w
rzeczywistości na celu pomocy krajom rozwijającym się, lecz przede wszystkim
zysk kapitalistów i bogatych państw Zachodu, a także uzależnienie społeczeństw
żyjących w państwach rozwijających się od instytucji międzynarodowego kapitału i
zachodnich państw stojących za nimi.
c)Zaakceptowania przez Zachód tego, iż kraje rozwijające się powinny szukać
własnej drogi rozwoju, zgodnej z ich tradycją i mentalnością ludności w nich
zamieszkałej. Wiele złego wynikło z przymuszania ludności krajów rozwijających
się do przyjęcia obcych jej wzorów gospodarczych, co doprowadziło do destrukcji
lokalnych form produkcji i handlu.
d)Zastąpienia rzekomej pomocy państw zachodnich oddolną współpracą wspólnot
lokalnych i pracowniczych oraz federacji z krajów rozwiniętych z odnośnymi
instytucjami krajów rozwijających się. Współpracę tę można by koordynować na
szczeblu globalnym dzięki powstaniu międzynarodówki (federacji międzynarodowej),
skupiającej federacje krajowe. Rola międzynarodówki sprowadzałaby się przede
wszystkim do roli międzynarodowego biura informacyjnego, które zbierałoby dane o
potrzebach poszczególnych wspólnot z krajów rozwijających się i kontaktowało owe
wspólnoty ze wspólnotami z krajów rozwiniętych wyrażających chęć udzielenia
pomocy. Międzynarodówka byłaby także forum dyskusyjnym, zaś wszelkie ewentualne
decyzje dotyczące kierunku rozwoju gospodarki światowej musiałyby zapadać na
zasadzie konsensusu pomiędzy wszystkimi członkami międzynarodówki. Zasadniczą
doktryną ekonomiczną międzynarodówki byłaby zasada równomiernego
(zrównoważonego) rozwoju, zakładająca, iż w interesie wszystkich krajów świata
jest unikanie dysproporcji pomiędzy zamożnością i rozwojem ekonomicznym
poszczególnych rejonów świata, ponieważ podział świata na biedne i bogate kraje
prowadzić musi do nieuniknionych napięć w skali światowej. Obecna polityka
ekonomiczna prowadzona przez takie instytucje jak BŚ czy MFW i stojące za nimi
państwa zachodnie jest krótkowzroczna, gdyż przynosząc doraźne korzyści tym
państwom i instytucjom kapitalistycznym nie uwzględnia skutków długofalowych,
polegających na wzroście napięcia w skali globalnej.
Opisane wyżej rozwiązania są oparte na myśli anarchistycznej, która
dowartościowując lokalną i zakładową samorządność jest rzeczywistą alternatywą
dla obecnego układu politycznego i gospodarczego oraz jedyną szansą na
powstrzymanie globalizacji. Anarchizm pokazuje w jaki sposób ludzie mogą
organizować się oddolnie, niezależnie od państwa i wielkiego kapitału, dlatego
to właśnie anarchizm potrafi przeciwstawić się globalizacji i zmienić świat,
podczas gdy inne ugrupowania polityczne wierzące w państwo i reformy,
ugrupowania z prawa i z lewa, czerwone, zielone i brunatne, usilnie starają się
reanimować trupa.
Rafał

Przypisy:
1 Po Drugiej Wojnie Światowej zniszczone działaniami wojennymi kapitalistyczne
kraje Europy Zachodniej straciły część swoich wpływów w byłych koloniach na
rzecz USA. Gospodarka Stanów Zjednoczonych nie ucierpiała w skutek wojny, dzięki
czemu Stany Zjednoczone stały się światową potęgą gospodarczą, zajmując miejsce
wyniszczonych wojną Anglii i Francji. USA przeskoczyło więc fazę kolonialną (w
wieku XIX oraz na początku XX, USA posiadały bez porównania mniej kolonii niż
kraje europejskie, chyba że za kolonie uznać opanowywane stopniowo ziemie
Indian) i weszło od razu w fazę neokolonializmu. Neokolonializm USA stał się
szczególnie widoczny w Ameryce Łacińskiej, która została uzależniona od „pomocy”
ze strony Stanów Zjednoczonych. W latach sześćdziesiątych kraje Europy
Zachodniej zaczęły odrabiać swoje straty w stosunku do USA, choć liderem
neokolonializmu pozostały Stany Zjednoczone.
2 World Bank: Global Development Finance 1998.
3 Przemysław Wielgosz, Opium globalizacji, w: Lewą Nogą, 13/01, s. 131.
4 Obywatel, nr. 1, jesień – zima 2000, s. 11, 13.
5 Płaszczyzna Programowa Łódzkiej Sekcji Federacji Anarchistycznej, Łódź 2001,
s. 11.
6 Ibid.
7 Ibid.


http://anarchizm.w.interia.pl/index.html

 

Rafał Górski

Demokracja uczestnicząca i globalizacja

"Demokracja, współczesna święta krowa świata, przechodzi kryzys. A kryzys ten jest jednym z głębszych. każde okrucieństwo jest dokonywane w imię demokracji. System ten stał się wydrążonym jak piękna muszelka, bez żadnej zawartości i znaczenia. Może być wszystkim czym chcesz. Demokracja jest wolną światową nierządnicą, chętną do przystrajania się, rozbierania się, do usatysfakcjonowania wszystkich możliwych gustów, dostępna do użycia i nadużycia". To słowa Arundhati Roy, hinduskiej obrończyni praw człowieka i antyglobalistki, wypowiedziane w maju 2003. Cóż, ciekawe że zaledwie kilkanaście lat po obwieszczeniu ostatecznego zwycięstwa demokracji wszyscy wokół mówią o jej kryzysie lub nawet zgonie. Pierwszym symptomem upadku ma być traktowanie polityki i samej demokracji w kategoriach porozumienia biznesowego. Drugim globalna modyfikacja technik władzy. Jej cechą wyróżniającą jest koncentracja władzy w rękach władz wykonawczych (które mają coraz większe uprawnienia) kosztem organów wybieralnych i samych wyborców. Opinie tych ostatnich są coraz mniej istotne w determinowaniu najważniejszych wyborów. Stąd biorą się propozycje nazwania nowej epoki mianem postdemokracji. Funkcjonuje również inna opinia. Wedle niej, system o którym mówimy nigdy demokratyczny ani wolnościowy nie był, więc wszystkie żale kierowane są pod niewłaściwy adres. Powstał cały katalog zarzutów wobec instytucji przedstawicielskich: sprzyjanie apatii społecznej oraz nieumiejętność zaspokojenia żądań obywateli. Mają one być niewystarczające do uniknięcia nadużyć władzy i przeszkadzać w wykształceniu się kryteriów przejrzystości w procesach decyzyjnych.
Spróbujmy ocenić, ile w tym wszystkim jest prawdy, bez pozwalania sobie na przytaczanie frazesów, którejkolwiek ze stron, w tym i własnych. Kwestia zasadnicza, to wyjaśnienie stosowanych terminów i przyjęcie stałych kryteriów oceny.
Otóż, klasyczni teoretycy definiowali demokrację jako system, gdzie każdy obywatel jest włączony w proces podejmowania decyzji. Tak czynił Rousseau, twierdząc że bezpośredni udział w demokracji jest najwyższym stopniem wolności, którą zdefiniował jako "posłuszeństwo prawu, które sami sobie nadaliśmy." Na gruncie polskim, prawdopodobnie nikt nie opisał lepiej istoty demokracji niż Edward Abramowski w 1907 r. Za jej pierwszy i niezbędny warunek uznał silnie rozwinięte sumienie obywatelskie i nierozłączną z nim nieufność wobec biurokracji, a także przyzwyczajenie i zdolność do samodzielnego załatwiania swoich spraw i potrzeb zbiorowych. Obrona demokracji miała być w pierwszym rzędzie obroną pewnego stylu życia, zwyczajów równości i poszanowania człowieka oraz tysięcy samorodnych instytucji, związków, stowarzyszeń. Dzisiaj, większość publicystów i politologów skupia swą uwagę na posunięciach rządu, ordynacji, zakulisowych debatach i podobnych kwestiach. Do spraw zasadniczych powraca w swych tekstach James Fishkin. Idee wolności i pełny rozwój potencjału obywateli są znowu punktem wyjścia. Identyfikuje on demokrację z systemem, który spełnia cztery warunki:
1) Polityczna równość - oznacza, że obywatelskie preferencje liczą się równo w procesie decyzyjnym;
2) Deliberacja - polega na wolności dyskusji, w której szeroki zakres argumentów jest brany pod uwagę;
3) Uczestnictwo - czyli, że obywatele bez ograniczeń mogą się włączyć w procesy demokratyczne;
4) Brak tyranii - rozumiany jako respektowanie praw osobistych. System demokracji musi w takim razie pomimo spełnienia wszystkich innych warunków - unikać "tyranii większości".
Ponieważ demokracja przedstawicielska jest dominującą formą władzy we współczesnym świecie, to od niej zaczniemy wszelkie porównania. O jej zgodności z warunkiem równego traktowania głosów wyborców najłatwiej będzie się przekonać w kontekście kraju, gdzie system ten jest stabilny, posiada długą tradycję, a poziom życia jest nieporównywalnie wyższy niż w naszym kraju. Posłużę się przykładem Kanady. W wyborach z 1988 roku Partia Konserwatywna uzyskała 43% głosów, utworzyła rząd i wcieliła w życie Wolną Umowę Handlową (FTA) USA i Kanady, jakkolwiek większość głosujących (w sumie 52%) było za partiami przeciwnymi Wolnej Umowie Handlowej. Zgodnie z zasadą politycznej równości rząd konserwatywny nie uzyskał mandatu na podjęcie takiej decyzji, ale się tym specjalnie nie przejął. W roku 1995 ta sama Partia Konserwatywna zdobyła 45% głosów w wyborach stanu Ontario i 64% miejsc w lokalnym parlamencie, a następnie wbrew opinii większości głosujących obniżyła zasiłek socjalny o 21%. Zamiast tyranii większości objawiła się tyrania zamożnej mniejszości. Wybory pozbawiły pewną część społeczeństwa reprezentacji dla jej interesów. Są też bardziej spektakularne przykłady lekceważenia wyborców. W roku 1999 przeprowadzono referendum w stanie Ontario. Mieszkańcy 6 miast zostali zapytani o to, czy chcą połączenia wszystkich organizmów miejskich (w tym Ontario) w jeden. Ludzie udali się do punktów głosowania i w przytłaczającej większości wypowiedzieli się przeciwko temu planowi. Cóż z tego, jeśli rząd prowincji Ontario, który podejmuje decyzje dotyczące organizmów miejskich, postanowił nie uwzględniać woli społeczeństwa i połączył 6 pobliskich miast w jedno. Właściwie każdy głos oddany w wyborach może się okazać głosem "zmarnowanym".
Trzeba przyznać, że w Europie próbowano czasem zaradzić podobnym nadużyciom, ale stało się to mniej prawdopodobne wraz z ofensywą neoliberalizmu. Jednym z pierwszych sygnałów alarmowych była decyzja rządu M. Thatcher o likwidacji Wielkiej Rady Londyńskiej (GLC), na początku lat 80-tych, zanim ta zaczęła na dobre realizować swe zamierzenia. Rada była jedną z pierwszych prób wcielenia w życie demokracji uczestniczącej. Kompetencje zarządu miejskiego miały być przekazane komitetom mieszkańców, a władza oddana użytkownikom usług publicznych. Byłby to jeden ze sposobów zmniejszenia liczby "zmarnowanych głosów", które stawiają pod znakiem zapytania równość wyborców. Grabarzami politycznej równości są także rządy, które w trakcie debat europejskich ponawiały głosowanie w referendum, jeśli zakładany przez władze rezultat nie został osiągnięty. W ten sposób postąpił rząd Danii, w sprawie traktatu z Maastricht w 1993 r. i rząd Irlandii w kwestii traktatu nicejskiego z 2001 roku. Nie odnotowano natomiast powtórzenia referendum w przypadku wyniku zgodnego z oczekiwaniami rządzących.
Kolejnym sprawdzianem wiarygodności panującego systemu jest wolność wyrażania wszelakich opinii. Wystarczy porównać wyniki sondaży opinii publicznej (niechęć do karania za aborcję, niezgoda na prywatyzację, sprzeciw wobec udziału Polski w wojnie irackiej) z niepozorną liczbą osób wypowiadających podobne poglądy w telewizji, radiu i gazetach, żeby się przekonać, iż w mediach publicznych brakuje swobody wypowiedzi. Działają tam różne "filtry" i selekcja tematów. Media chcą po prostu zachować dobre stosunki z ośrodkami władzy, które są źródłem 80 procent darmowych informacji. Zależność od reklamodawców może skłaniać do rezygnowania z prezentacji określonych punktów widzenia. Pojawiły się także ograniczenia o charakterze instytucjonalnym. Prawo do posiadania odrębnej opinii miało być pierwszym i niezbywalnym osiągnięciem Trzeciej Rzeczypospolitej. Ale już w roku 1992 oskarżono i postawiono przed sądem pierwsze osoby, które pozwoliły sobie na "obrazę głowy państwa". Następne lata przyniosły wyroki w postaci grzywien i więzienia w zawieszeniu za obrazę prezydenta, premiera, ministrów… W grudniu 1992 Sejm RP przyjął nowelizację prawa nakazującą "szanować uczucia religijne odbiorców a zwłaszcza respektować chrześcijański system wartości". Na tej właśnie podstawie skazano 18 lipca 2003 roku Dorotę Nieznalską za wystawienie instalacji "Pasja" na 6 miesięcy ograniczenia wolności w postaci przymusowych prac społecznych i 2 tysiące złotych grzywny ( artykuł 196 kk przewiduje nawet do 2 lat więzienia za obrazę uczuć religijnych). Gdańską galerię "Wyspa", która wystawiła instalację ukarali zwierzchnicy (ASP) zamknięciem. W październiku 2003 odwołano wystawę innych prac tej artystki w słupskiej "Baszcie Czarownic". Dyrektor uzasadnił swoją decyzję tym, że "Sztuki nie można prezentować w atmosferze społecznych emocji". W grudniu 2003, sama zapowiedź wystawienia innych prac Nieznalskiej w prywatnej galerii "Data" w Ostrowie Wielkopolskim, spowodowała skierowanie wniosku 10 miejscowych proboszczów do prokuratury o zakazanie ekspozycji prac artystki. Kilka dni później właściciel galerii dostał wymówienie wynajmowanego lokalu. W listopadzie tego samego roku ocenzurowano wystawę "Pies w sztuce polskiej" w galerii "Arsenał" w Białymstoku, w związku z listem radnej LPR, która poskarżyła się, że instalacja "Dostałem pieska" obraża jej uczucia religijne. Z podobnych względów władze Uniwersytetu Wrocławskiego odwołały wystawę "Moje życie, mój wybór". Z czasem wyroki sądowe zaczęły też zapadać na mocy żądań o charakterze ekonomicznym. W 1997 sąd zakazał emisji dokumentu "Witajcie w życiu" Henryka Dederki, pokazującego werbowanie dystrybutorów Amwaya. Podobny knebel nałożono Witoldowi Michałowskiemu z "Gazety Polskiej", któremu sąd w 1998 r. zakazał pisania o interesach Aleksandra Gudzowatego i gazociągu "Jamał". W 2003 r. sąd zakazał dziennikowi "Rzeczpospolita" publikowania jakichkolwiek materiałów o udziale biznesmena Andrzeja Perczyńskiego w aferze PZU i PZU Życie. We wrześniu 2002 galeria miejska "Arsenał" w Poznaniu, odwołała pokaz wystawy Rafała Jakubowicza "Arbeitsdisziplin" na żądanie polskiego oddziału Volskwagena, który uznał, że wystawa godzi w dobre imię firmy. Pocztówka anonsująca wystawę wystarczyła, żeby dyrektor zarządu Volskwagena Poznań wykonał karcący telefon do prezydenta miasta R. Grobelnego i odwiedził dyrektora galerii. Artysta został też wezwany na rozmowę dyscyplinującą do rektora poznańskiej ASP, której jest pracownikiem. Prawo do swobodnego wyrażania własnych poglądów należy już do historii.
Nie lepiej wygląda kwestia uczestnictwa w demokracji przedstawicielskiej. Po pierwsze, ludzie z dochodami poniżej pewnego progu nie mają szans na samodzielne zaistnienie w świecie polityki. Nawet rzekoma reprezentacja "wyklętego ludu ziemi", tj. "Samoobrona" wprowadziła do Sejmu nadreprezentację biznesmenów z "szarej strefy". Jak dotąd, nie było jeszcze sukcesu wyborczego ugrupowań pozbawionych prywatnych źródeł finansowania i nie wystawiających przedstawicieli "sektora prywatnego" na listach wyborczych. Za to brak biedaków w niczym nie przeszkadza. Udział w wyborach musi więc z konieczności sprowadzać się do selekcji konkurencyjnych elit, które postrzegają sytuację niezamożnych (czyli ok. 50 - 60% społeczeństwa) z punktu widzenia obowiązującego we własnej grupie społecznej. Po drugie, odmawia się obywatelom prawa do bezpośredniego decydowania o istotnych dla nich sprawach (znowu sprawa aborcji i udziału w wojnie irackiej). To rząd lub parlament, a nie ogół obywateli podejmuje decyzję kiedy i w jakiej sprawie społeczeństwo ma prawo zabrać głos. Po trzecie, wyborca utożsamiający się tylko z częścią programu partii politycznej, nie może tego wyrazić w akcie głosowania. Jeśli popiera politykę ekonomiczną partii A, politykę zagraniczną partii B i pomysły, których brak w programie jakiejkolwiek partii, to nie może głosować zgodnie ze swymi poglądami i musi wyrzec się części z nich lub bojkotować wybory. W tych warunkach, sposobem na utrzymanie kontaktu polityków z wyborcami są techniki manipulacji i zdalnie sterowane urojenia. Dodajmy, że treści programów politycznych różnych partii, niezwykle podobnych do siebie, są coraz bardziej ogólnikowe, pełne sloganów lub niezrozumiałe i chaotyczne. Czysto emocjonalne i mało intensywne jest uczestnictwo obywateli w demokracji przedstawicielskiej.
Pozostaje sprawa respektowania swobód osobistych. Niestety, dla żadnego z podmiotów politycznych nie są one wartością same w sobie, lecz zawsze stanowią kartę przetargową. Partie potrafią o nich milczeć, jeśli wymaga tego "interes państwa" lub doraźny sojusz polityczny. Potrafią też bronić ich zaciekle, jeśli brak innych pomysłów na poprawienie sobie reputacji u docelowej grupy wyborców. Doskonałą ilustracją tej tezy jest postawa SLD w kwestii praw kobiet (np. aborcja) czy praw homoseksualistów (małżeństwa).
Inny samorząd jest możliwy
Jeszcze 20 lat temu powtarzano zgodnym chórem" "Nie ma alternatywy". Mimo wszystko pragnienie zbudowania "kontrspołeczeństwa" na zasadach demokracji bezpośredniej było ciągle żywe. Nosicielami tej idei byli głównie anarchiści i część radykalnej lewicy. Z czasem, coraz śmielej eksperymentowano z poszerzaniem "przestrzeni uczestnictwa". Niektórzy europejscy architekci inicjowali włączenie przyszłych mieszkańców w projektowanie masowej architektury. Anarchiści we włoskim Spezzano Albanese współtworzyli alternatywny samorząd; dla realizacji tego samego celu chłopi indiańscy w południowym Meksyku chwycili za broń. Załamanie się gospodarki i krwawe zamieszki w Argentynie (grudzień 2001) przyniosły powstanie ruchu zgromadzeń sąsiedzkich. W południowobrazylijskim Porto Alegre stowarzyszenia sąsiedzkie przekonały trockistowskiego burmistrza do zmian w kierunku demokracji bezpośredniej. To był moment przełomowy. Wiele osób musiało zrewidować cały swój sposób myślenia o formach uczestnictwa w procesach decyzyjnych w sferze administracji publicznej. Za przykładem tego miasta poszły inne miejscowości w Brazylii. Podobne inicjatywy zaczęły się szerzyć w Peru (Villa El Salvador), Kolumbii (Tarso, Cauca), Boliwii (miejska wspólnota partycypacyjna kobiet w Yacapani), Kanadzie, a nawet w Indiach (stan Kerala) i w Senegalu. Opisana praktyka ujawniła też swoje ograniczenia. Ale o tym na końcu.
Porto Alegre
To miasto wyjątkowe. Niemal półtoramilionowa metropolia z najlepiej rozwiniętymi w Brazylii: przemysłem i sektorem usług oraz najsilniejszą opozycją w okresie panowania dyktatury wojskowej. W okresie przyspieszonej industrializacji napłynęło do miasta wielu przybyszy z wiejskiej prowincji. Powstające w tym czasie stowarzyszenia sąsiedzkie miały w sobie pewne cechy wiejskich wspólnot. To właśnie ci ludzie zażądali od nowego burmistrza wprowadzenia demokracji bezpośredniej w mieście. Partia Pracujących (PT), z ramienia której wybrano burmistrza (rok 1988), miała inne pomysły na samorząd, ale jak się okazało posiadała też cechę wyjątkową: potrafiła słuchać obywateli. Rzecz niebywała we współczesnym świecie. Ostatecznie, zrealizowano model kompromisowy. Mariaż demokracji bezpośredniej, czyli zgromadzeń mieszkańców, które głosują nad tym, jak podzielić pieniądze miejskie z zastanymi elementami demokracji przedstawicielskiej, czyli radą miasta, która zatwierdza budżet i urzędem, który opracowuje finanse od strony technicznej i prawnej, zaowocowało powstaniem demokracji uczestniczącej. Zabezpieczono się przed ingerencją ze strony rządu, powołując się na zapis w konstytucji Brazylii, że "lud może wykonywać władzę w sposób bezpośredni". Coroczny plan budżetowy podzielono na trzy rundy. Rozpoczynają się one wiosną, a kończą jesienią. Zgromadzenia mieszkańców, odpowiadające 16 geograficznym obszarom miasta, ustalają hierarchię spraw priorytetowych dla samorządu. Liczba osób, które wyraziły dla nich poparcie, braki w infrastrukturze i liczba mieszkańców w danej dzielnicy, przekładają się na ściśle określoną ilość punktów, a co za tym idzie, procent funduszy z budżetu miejskiego. Odbywają się równocześnie zgromadzenia tematyczne, omawiane są priorytety dla inwestycji długofalowych. Zgromadzenia dzielnicowe i tematyczne wybierają delegatów do Rady Budżetu Partycypacyjnego, których mieszkańcy mogą w każdej chwili odwołać ze stanowiska. Delegaci współpracują ze specjalną agendą samorządową (GAPLAN) tworząc plan ogólnomiejski z priorytetów, ogólnych propozycji i szczegółowych projektów zgłoszonych przez mieszkańców. Po ostatniej rundzie spotkań z mieszkańcami wprowadza się poprawki i projekt budżetu partycypacyjnego jest gotowy. Teraz burmistrz przedkłada go Radzie Miasta. Od samego początku (rok 1990) nie zdarzyło się jeszcze, żeby radni odmówili postawienia stempla i zatwierdzenia projektu. Po 14 latach funkcjonowania demokracji uczestniczącej w Porto Alegre poprawiły się wskaźniki jakości życia, korupcja przestała być problemem, wzrosła liczba osób aktywnych