Psycholog Petruska
Clarkson proponuje prostą zdroworozsądkową definicję "gapia": "Gapiem
określa się osobę, która nie jest aktywnie zaangażowana w sytuację, w której
ktoś inny potrzebuje pomocy." Autorka podaje przykłady dla wyjaśnienia:
"Być gapiem, to być świadkiem rasistowskich, misoginicznych lub homofobicznych
żartów bez wyrażenia sprzeciwu. Inne przykłady takiego zachowania to pozwolić
pijanemu przyjacielowi zasiąść za kierownicą, lub nie pomóc koledze, który padł
ofiarą stresu, zmęczenia lub uzależnienia."
Opowiadanie obraźliwych dowcipów jest świadomym aktem opowiadającego, podobnie
jak decyzja o prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu. Osoba, która postępuje
w ten sposób jest sama sobie winna. "Gapie" nie są odpowiedzialni
za wybory podejmowane przez innych na ich oczach, a tym bardziej za łańcuch
złych decyzji z przeszłości, które mogą kogoś postawić w sytuacji, gdzie nie
ma dobrych wyborów. Gapie nie są "naprawdę" odpowiedzialni za okropieństwa,
których są świadkami. Nie ponoszą winy. Ale, zdaniem Clarkson, niewinność nie
jest wytłumaczeniem dla bierności i odmowy ruszenia palcem, by komuś pomóc.
(To właśnie bierność jest grzechem gapia.) Argument o braku odpowiedzialności
gapia jest bardzo często używany jako wymówka, wytłumaczenie i dowód prawości.
Warto jednak zauważyć, że zakres odpowiedzialności gapia, a zatem stopień jego
niewinności rzadko jest czarno-białą kwestią. W większości przypadków jest to
kwestia wzbudzająca niekończącą się polemikę. Powiązania przyczynowo-skutkowe
można konstruować na szereg różnych sposobów. Ocena istotności danego czynnika,
lub określonego działania (lub jego braku) jest zawsze decyzją oceniającego.
Istnieją jeszcze inne wątpliwości, jeszcze trudniejsze do ostatecznego rozstrzygnięcia.
Czy sprawcy (czyli ci, którzy są rzeczywiście winni) dokonaliby swoich złych
czynów, gdyby nie mogli liczyć na bezczynność i bierność ludzi wokół? Czy nie
działaliby inaczej, gdyby nie mieli powodów by sądzić, że gapie raczej nie przekształcą
się w aktorów? Gdyby nie żywili nadziei, że obrzydzenie i oburzenie świadków
nie przekształci się w głośny protest, a już na pewno nie w aktywny opór?
Podsumowując, stwierdzenie orzekające winę gapia (przynajmniej winę przez zaniechanie)
jest w dużym stopniu przekonywające. Powstrzymanie się od działania jest niewiele
mniej brzemienne w skutki niż działanie. Brak oporu ze strony gapiów może w
większym stopniu czynić ich odpowiedzialnymi za złe czyny, niż obecność ludzi
o złych intencjach. Inną sprawą jest to, że żadne orzeczenie o niewinności nie
ma mocy oczyszczenia z winy, a zwłaszcza z winy w sensie moralnym.
Keith Tester rozbudował kategoryzację rodzajów winy zaproponowaną przez Karla
Jaspersa. Jego zdaniem wina moralna (czyli wina, której są świadomi ci, którzy
popełniają zły czyn) jest czymś innym niż wina w sensie metafizycznym. Według
Jaspersa, wina metafizyczna rozciąga się poza "moralnie uzasadniony obowiązek".
Wina metafizyczna jest stanem, w którym ludzka solidarność nie dorasta do swojego
(nieograniczonego) potencjału. Inaczej niż w przypadku winy moralnej, nie ma
potrzeby udowadniać, że osoba ponosząca winę w sensie metafizycznym swoim działaniem
(lub zaniechaniem działania) spowodowała ludzkie cierpienie. W sensie metafizycznym
jestem winien zawsze, niezależnie od tego, czy przyczyniłem się celowo bądź
niechcący do cierpienia odczuwanego przez inną istotę ludzką.
Być może Emmanuel Levinas byłby skłonny włączyć winę metafizyczną do kategorii
winy moralnej. Dla Jaspersa brak powiązania przyczynowo-skutkowego pomiędzy
czynami podejrzanego a cierpieniem ofiary nie może być podstawą anulowania winy
jako takiej, gdyż postulat absolutnej międzyludzkiej solidarności jest kamieniem
węgielnym wszelkiej moralności i nie da się oddzielić od moralnego spojrzenia
na świat. Dla Levinasa obecność lub brak powiązania przyczynowo skutkowego jest
nieistotna wobec postulowanej bezwarunkowej odpowiedzialności człowieka za Innego.
Detronizacja związków przyczynowo-skutkowych i ustanowienie obowiązku międzyludzkiej
solidarności jest warunkiem istnienia istoty moralnej. Jednak w epoce globalizacji
i światowej współzależności skala przyczyn i skutków działań podejmowanych przez
ludzi pokrywa się z losem ludzkości jako takiej. Właściwie żadne działania,
nieważne jak bardzo ograniczone w czasie i przestrzeni nie mogą pozostać bez
żadnego wpływu na resztę ludzkości. Ani też los jakiegokolwiek segmentu ludzkiego
społeczeństwa nie jest już zależny jedynie od działań jego członków.
Znane jest powiedzenie Edwarda Lorenza: "czy poruszenie skrzydeł motyla
w Brazylii może spowodować trąbę powietrzną w Teksasie?". Komentując to
powiedzenie, Roberto Toscano sugeruje, że "istniejący dziś poziom współzależności
w stosunkach międzynarodowych wymaga nowych standardów etycznych wykraczających
poza legalistyczne rozumienie pojęcia odpowiedzialności. Motyl może nie wiedzieć
nic o konsekwencjach poruszania skrzydłami, ale z drugiej strony nie może również
wykluczyć wszelkich konsekwencji wynikających z faktu machania skrzydłami. Zamiast
pojęcia odpowiedzialności w starym znaczeniu dochodzimy do bardziej restrykcyjnego
podejścia: ostrożności."
Bezwarunkowa "odpowiedzialność za innego", podstawa podmiotu moralnego,
zostaje rozszerzona o obowiązek przewidywania i ostrożności. To "brutalna
prawda" współczesnej kondycji ludzkiej. Niezależnie od tego, czy uznajemy
i dobrowolnie podejmujemy się odpowiedzialności za innych, ta odpowiedzialność
już na nas ciąży i nie możemy zrobić prawie nic, by tej odpowiedzialności się
pozbyć. Pięć procent ludności ziemi emituje 40% zanieczyszczeń i zużywa/marnuje
ponad połowę zasobów ziemi i nie waha się użyć siły militarnej, by bronić swojego
prawa do dalszego postępowania w ten sposób. Na razie te pięć procent może użyć
swojej przygniatającej siły by zmusić ofiary do ponoszenia kosztów własnej krzywdy
(podobnie Naziści domagali się od Żydów opłaty za pociąg do Oświęcimia). Nie
zmienia to faktu, że ponoszą oni odpowiedzialność - nie w abstrakcyjnym, filozoficznym,
metafizycznym, czy etycznym sensie, ale w przyziemnym, zwyczajnym, najprostszym
znaczeniu tego słowa.
Nasza odpowiedzialność rozciąga się obecnie na całą "ludzkość". W
dzisiejszych czasach - po raz pierwszy w historii - problem współistnienia (lub
"wzajemnie gwarantowanego przeżycia") rozciąga się już poza obszar
stosunków dobrosąsiedzkich i pokojowego współistnienia z ludźmi po drugiej stronie
granicy. Teraz problem dotyczy ludności całego świata - tych, którzy żyją obecnie
a także tych, którzy dopiero się narodzą. Faktyczna odpowiedzialność człowieka
już rozciągnęła się na całą ludzkość, nawet jeśli nie została jeszcze zaakceptowana.
O trudności stania się tym, który działa
Wszyscy jesteśmy gapiami. Wiemy, że coś trzeba zrobić i wiemy, że zrobiliśmy mniej niż należało i niekoniecznie to, co należało zrobić najbardziej. Nie jesteśmy specjalnie skorzy do zrobienia czegoś więcej lub lepiej a zwłaszcza, by zrezygnować z robienia tego, czego nie należy robić. Aby uczynić los gapia jeszcze trudniejszym, przepaść pomiędzy tym, co jest robione a tym, co powinno zostać zrobione nieustannie się powiększa zamiast się pomniejszać. Na świecie dzieje się coraz więcej rzeczy, które wołają o pomstę do nieba, ale nasza zdolność do działania, a zwłaszcza do efektywnego działania zdaje się zmniejszać wobec ogromu zadań do wykonania. Liczba wydarzeń i sytuacji, o których się dowiadujemy i które kładą nas w niewygodnym położeniu gapiów rośnie z dnia na dzień.
Keith Tester zawarł w krótkim zdaniu dylemat znajdujący się w centrum naszego
globalizującego się świata: "Świat produkuje okropieństwo i zbrodnię, ale
nie widać zasobów, które mogłyby stanowić podstawę moralnej odpowiedzi na większość
przypadków cierpienia." Innymi słowami, Tester pyta czemu w naszym świecie
jest tylu gapiów. Jak to się stało, że nasz świat zamienił się w ogromną i nadzwyczaj
wydajną fabrykę gapiów?
Pierwszą odpowiedzią, która przychodzi do głowy, to oczywiście dystans pomiędzy
widzem a widocznym cierpieniem. Wszak jesteśmy widzami nie wobec cierpienia
ludzi, z którymi bezpośrednio się stykamy, ale wobec cierpienia nieszczęśników,
którzy żyją i umierają z dala od naszych domów i od ulic, które przemierzamy.
Dystans dzielący nas od nich jest ogromny i nie do przebycia. Nie posiadamy
środków aby się do nich zbliżyć. Nasze doświadczenie ich cierpienia jest zapośredniczone
przez kamery telewizyjne, satelity, kable i ekrany. Zapośredniczone doświadczenie
umożliwia jedynie zapośredniczoną reakcję: wysłanie czeku do agencji walki z
głodem, co pozbawia nas chwilowo wyrzutów sumienia, aż do następnej dawki przerażających
obrazów na ekranie.
Przerażające obrazy odwiedzają nasze salony z niezwykłą regularnością, po to
by zniknąć równie szybko po kilku dniach, lub nawet godzinach. Na ich miejsce
przychodzą kolejne obrazy, tak samo, lub bardziej szokujące.
Oglądanie przerażających obrazów głodu, bezdomności i śmierci na masową skalę
stało się nową "tradycją" naszej medialnej epoki. Jak wszystko, co
tradycyjne, te obrazy spowszedniały i straciły moc szokowania. Tester sugeruje,
że jest to jeszcze jeden z przykładów "zblazowanej postawy" opisywanej
przez Georga Simmla: " podobnie jak miasto, telewizja oferuje tak dużo
wrażeń, że nasz zmysł selekcji informacji przestaje działać w efektywny sposób".
Henning Bech, analityk współczesnych doświadczeń życia w mieście, stworzył pojęcie
"telemiasta" aby wyrazić w jasny sposób zdystansowany lub zgoła nieobecny
sposób reagowania przechodnia w miejskim tłumie i osoby uzależnionej od telewizji.
Znane instytucje charytatywne skarżą się na "zmęczenie współczuciem",
czyli dokładnie tę reakcję, której można się spodziewać po mieszkańcach telemiasta.
Mieszkańcy telemiasta uważają za męczące (nudne) wszystko co trwa dłużej niż
dreszcz wywołany przeżyciem czegoś nowego. Dlaczego obrazy nędzy miałyby być
wyłączone spod tej reguły?
Jednak najprostsze odpowiedzi nie zawsze należą do najbardziej trafnych. Są
przynajmniej dwa inne czynniki, którym warto się przyjrzeć gdy analizujemy oburzające
zjawisko chłodnych reakcji widzów na okropieństwa oglądane na ekranach telewizorów.
Jeden z czynników został rozpoznany i opisany przez Ryszarda Kapuścińskiego,
niestrudzonego eksploratora paradoksów naszego globalnego domu. Tym czynnikiem
jest przepaść pomiędzy widzeniem a wiedzą. Przyswajanie pokazywanych obrazów
może uniemożliwić przyswajanie wiedzy zamiast ułatwiać ten proces. Może też
uniemożliwiać zrozumienie tego, co zostało przyswojone i zapamiętane. W takim
przypadku nie może być mowy o zrozumieniu przyczyn zjawisk.
"Telewizyjne cierpienie" jest pokazywane najczęściej za pomocą obrazów
przedstawiających wychudzone ciała głodujących i zniekształcone cierpieniem
twarze chorych. Głód oznacza zapotrzebowanie na żywność, dla leczenia chorób
konieczna jest wiedza medyczna i leki. Jedno i drugie szybko pojawia się na
scenie. Ciężarówki wyładowane nadwyżkami żywności, które zalegały w magazynach
producentów by utrzymać wysokie ceny na rynku i zapewnić akcjonariuszom zysk
i lekami, które zalegały w magazynach z tych samych powodów. Nie pada ani jedno
słowo o przyczynach głodu i chronicznych chorób. Nie ma żadnej sugestii, że
zniszczenie tradycyjnych źródeł utrzymania jest związane z globalnym handlem,
likwidacją świadczeń społecznych w wyniku działań globalnych instytucji finansowych
i dewastacją ziemi rolnej przez monokultury promowane przez producentów genetycznie
modyfikowanych roślin. Zamiast tego obrazy pokazywane w telewizji sugerują,
że głodujący są sami sobie winni klęski głodu, gdyż zeszli ze ścieżki "przyzwoitego
życia" takiego, jakie znamy. Ale na szczęście dobrzy ludzie tacy jak my,
bogaci ze względu na swoją zapobiegliwość i umiejętności pomagamy tym nieszczęsnym
istotom wyjść z tarapatów, które ściągnęli na siebie w wyniku swojego lenistwa
i ignorancji. Gdy nadchodzi dzień spektaklu dobroczynnego, wytrawni specjaliści
od rozrywki ekscytują się w naszym imieniu nad postępami naszej dobroczynności.
Za dotknięciem magicznej różdżki zostajemy przeniesieni z mrocznego świata wspólników
zła do świata rozśpiewanych i roztańczonych bezinteresownych dobroczyńców. Świadomość
ponoszonej współodpowiedzialności za ludzkie nieszczęścia, które mamy pomóc
naprawić nie pojawia się, by nie zakłócić święta wzajemnego rozgrzeszenia. Sumienie
jest zneutralizowana za pomocą jednego charytatywnego gestu.
Kapuściński obnażył przepaść pomiędzy dostrzeganiem a wiedzą. Ale jeszcze większa
przepaść istnieje pomiędzy wiedzą a działaniem. Gdybyśmy jednak pomimo wszelkich
przeciwności dowiedzieli się o prawdziwych źródłach ludzkiej nędzy, cóż moglibyśmy
zrobić by zapobiec powstawaniu nędzy? Najtrafniejsze pytanie zadał Luc Boltanski:
"Jaką postać może przybrać zaangażowanie gdy ci, których wzywa się do działania
znajdują się tysiące mil od cierpiących i wygodnie siedzą na kanapie przed telewizorem.
Tester przypomina niepokój wyrażony przez Alfreda Webera spowodowany wprowadzeniem
globalnej sieci radiowej: "świat stał się o wiele mniejszym miejscem -
już nie da się uczciwie twierdzić, że nie ma się pojęcia o tym, co się dzieje
na świecie". Ale świat zmienił się jeszcze bardziej od czasu, gdy Weber
wyraził swój niepokój.
Nie chodzi jedynie o ilość dostępnych informacji (wszechobecnych i natarczywych).
Jakość wiadomości również radykalnie się zmieniła. Informacje, które do nas
docierają nie są po prostu jakąś wersją wydarzeń, w którą możemy uwierzyć lub
nie. Gdy obrazy zastąpiły słowa nie jest już widoczny proces mediacji i przetwarzania
informacji. Obraz nie jest poddawany w wątpliwość, tak jak tekst. Wirtualnie
lub nie, jesteśmy obecnie świadkami wydarzeń w odległych miejscach. Nie tylko
"słyszymy" o cierpieniu ludzi, ale również "widzimy je na własne
oczy". Jak pokazały słynne eksperymenty Stanleya Milgrama, oczy są o wiele
bardziej czułe moralnie niż uszy. Nawet gdy wygodnie siedzimy w naszych salonach
nasze sumienie jest atakowane i zmuszane do reakcji przez obrazy głodu i okrucieństwa.
Problem polega na tym, że choć przepływ informacji o nieszczęściach innych ludzi
staje się coraz bardziej sprawny, nie można tego samego powiedzieć o naszej
zdolności do etycznie motywowanych działań. Sieć współzależności, która nas
oplata staje się coraz ciaśniejsza wraz z postępami globalizacji, ale przepaść
pomiędzy "niespodziewanymi" (lub po prostu ignorowanymi) konsekwencjami
naszych działań a tym, co jesteśmy skłonni zrobić świadomie by zapobiec tym
konsekwencjom, stale się powiększa. Skutki naszych działań i naszych zaniechań
sięgają daleko poza zasięg naszej moralnej wyobraźni i naszej gotowości do przyjęcia
na siebie odpowiedzialności. Dlatego właśnie, paradoksalnie, nasza wspólna zdolność
do czynienia zła wydaje się nieskończenie większa niż nasza zdolność do czynienia
dobra. Tak jakby narzędzia i technologie służące do nieumyślnego wywoływania
nędzy były o wiele bardziej zaawansowane niż narzędzia i technologie służące
do celowego uzyskiwania szczęścia. Narzędzia szczęścia, w przeciwieństwie do
tych, które wywołują nędzę wydają się posiadać ograniczony zasięg przydatny
tylko do prywatnych zastosowań i do naprawy prywatnego życia. To, co możemy
zrobić by ulżyć cierpieniom nieszczęśliwych wydaje się zbyt słabe by zadośćuczynić
za to, co uczyniliśmy (celowo lub nie) by przyczynić się do ich nędzy.
Nie oznacza to, że globalizacja automatycznie promuje gruboskórność i obojętność.
Nie ma żadnych powodów by przypuszczać, że staliśmy się bardziej obojętni na
cierpienia bliźnich niż nasi przodkowie. Jeśli nastąpiła jakaś zmiana, to właśnie
w kierunku zwiększenia wrażliwości. Jesteśmy coraz mniej odporni na ból - również
na widok bólu odczuwany przez innych (ludzi i zwierzęta) o ile jesteśmy przekonani,
że to "prawdziwy" ból. Wiele rodzajów ludzkiego cierpienia, które
kiedyś były uznawane za zwyczajną i nieodłączną część ludzkiego życia obecnie
uważa się za niezasłużone, niepotrzebne i wymagające natychmiastowego zlikwidowania,
pomsty lub rekompensaty pieniężnej.
Problem polega na tym, że inaczej niż to miało miejsce w przeszłości, zasięg
naszej wiedzy o losie innych ludzi i zasięg naszej umiejętności wpływania na
ich los (pozytywnego lub negatywnego) nie pokrywają się. Nasi przodkowie byli
naocznymi świadkami konsekwencji większości własnych działań. Skutki ich działań
rzadko (jeśli kiedykolwiek) sięgały dalej niż zasięg ich wzroku lub ich uzbrojonego
ramienia. Dziś ta wygodna moralnie sytuacja należy już do przeszłości. Globalne
sieci zależności i nowa technologia umożliwiają globalny zasięg podejmowanych
działań. Obszary wiedzy i działania nie pokrywają się. Strefa wspólna dla obu
obszarów kurczy się stale w porównaniu z poszerzającym się zakresem ich rozbieżności.
Nowa sytuacja może być schematycznie przedstawiona w następujący sposób:

Jedynie stosunkowo mała część skutków podejmowanych przez nas działań jest motywowana etycznie i moralnie. Niewielu naszym działaniom towarzyszy refleksja nad ich skutkami dla osób nie będących bezpośrednimi adresatami lub uczestnikami tych działań. Z drugiej strony dociera do nas bardzo niewiele komunikatów o cierpieniu innych ludzi, z których jasno wynikałoby, co możemy zrobić by pomóc cierpiącym a zwłaszcza pomóc w radykalny sposób. Większość dostępnych informacji zawierających przesłanie moralne zniechęca do działania gdyż nie widać, co można uczynić by coś zmienić. Wiele naszych działań (może nawet większość z nich) ma wpływ na sytuację innych ludzi, ale bardzo nielicznym towarzyszy refleksja etyczna.
Nic dziwnego, że łatwo jest odrzucić zaangażowanie etyczne bez rozterek moralnych
i że tak łatwo jest znaleźć argumenty odrzucające poczucie winy. Jesteśmy skłaniani
do szukania indywidualnych rozwiązań problemów systemowych. Używamy jedynie
indywidualnych środków dla rozwiązywania indywidualnych problemów w przekonaniu
że tak robią wszyscy i że jest to jedyny realistyczny sposób działania a wykraczanie
poza obszar indywidualny jest jedynie stratą czasu. Nie przychodzi nam do głowy,
że istnieje racjonalność (i nadzieja) reformowania szerszych uwarunkowań naszych
indywidualnych istnień (oraz istnień innych ludzi). Gdyby zwrócono się do nas
z propozycją podobnych reform, odnieślibyśmy się do tej rady z brakiem wiary
i nieufnością wobec osób składających taką propozycję. Odmowa zaangażowania
jest motywowana założeniem o bierności i impotencji kolektywnego działania.
Przy takim założeniu odmowa zaangażowania wydaje się racjonalnym i trzeźwym
wyborem.
Ale nawet gdy odmowa zaangażowania wydaję się tak racjonalna i logiczna sumienie
nie daje spokoju. Sumienie często ignoruje racje rozumu i kieruje się własnymi
racjami nieprzeniknionymi dla rozumu. Nie zawsze udaje nam się wyłączyć obrazy
okropieństwa. Często szczerze pragniemy pomóc ofiarom, ale zdobywamy się na
coś więcej niż na wykręcenie numeru telefonu organizacji charytatywnej i na
podanie numeru karty kredytowej. Czasem włączamy swój głos do chóru potępienia
dla sprawców okrucieństwa i chóru pochwały dla bohaterów, którzy przychodzą
z pomocą ofiarom (jeżeli reporterom uda się wyłowić ich z anonimowości, którą
wybrali). Prawie nigdy zaangażowania nie sięga dość daleko by uderzyć w źródło
zła. A nawet gdybyśmy podjęli takie postanowienie, trudno by nam było zadecydować
gdzie zacząć i jak pokierować naszym działaniem.
Zaangażowanie nie jest niewyobrażalne. Można sobie wyobrazić nawet zaangażowanie
długofalowe, owocne i skuteczne, zmieniające świat. Ale istnieją potężne siły,
które bronią dostępu do takiego zaangażowania. Brak jest właściwej analizy szczelnie
zamkniętego kokonu współzależności, w którym dojrzały okropieństwa, które widzimy
obecnie i gdzie dopiero rodzą się te, które mają nadejść w przyszłości. To najważniejsza
przeszkoda. Łańcuch przyczyn i skutków jest zbyt szeroko rozgałęziony i pokrętny
by ludzie nieprzygotowani byli w stanie pośpiesznie go przeanalizować. W dodatku
wiele ogniw tego łańcucha jest pogrzebanych w tajnych pomieszczeniach oznaczonych
znakiem "dostęp zabroniony", do których mają dostęp tylko osoby upoważnione.
Te fragmenty, które są wystawione na widok rzadko układają się w spójny system
nadający się do wykorzystania.
To prawda, że wiele jest przeszkód stojących na drodze skutecznych, długoterminowych
działań. Jednak największą przeszkodą jest jednostronność procesu globalizacji.
Rosnąca sieć współzależności nie jest równoważona i poddawana kontroli równie
globalnych instrumentów działań politycznych. Rozproszone i sporadyczne protesty
"antyglobalistyczne" choć odważne i pełne zaangażowania, nie stanowią
zagrożenia dla skoncentrowanej siły korporacji międzynarodowych osłanianych
dzień w dzień przez rządy i siły militarne krajów zabiegających o ich względy.
Aby usunąć tę przeszkodę nie wystarcza dobra analiza. Ale przynajmniej byłby
to dobry początek.