Ta strona poświęcona jest podejściu dziennikarzy do tematyki antyszczytu. Będziemy tu prezentować przykłady przekłamań i manipulacji, ale również rzetelne opracowania dziennikarskie.

Newsweek:
"Szturmem na Pałac"

Życie Warszawy:
"Stołeczny szczyt paniki"
Fakt:
"Bitwa o Warszawę"

Rola mediów (oraz policji) w prowokowaniu przemocy i histerii

 

Media: Spektakl i obraz pozbawiony kontekstu

Artykuł "Stołeczny szczyt paniki" autorstwa Jolanty Molińskiej w "Życiu Warszawy" z dnia 10 marca 2004.

Nieprawdziwość historii Simona Chapmana na przykładzie przytoczonym przez Życie Warszawy.

Mediom już udało się zbudować samo-powielający się obraz ruchu antyglobalistycznego oparty na wciąż powtarzanych scenach bitw ulicznych pokazywanych w oderwaniu od jakiegokolwiek tła i kontekstu społecznego. Każdy, kto rozumie sposób, w jaki media kreują własną rzeczywistość z łatwością pojmie, że prezentowane obrazy mogą mieć bardzo nikły związek z rzeczywistymi wydarzeniami. Wybór pokazywanych i ukrywanych elementów wydarzeń ma kolosalny wpływ nie tylko na publiczną świadomość, ale też ostatecznie na pamięć historyczną.

Rzadko można spotkać się z tak uderzającym przykładem wybiórczości jak opublikowane na pierwszej stronie dzisiejszego wydania Życia Warszawy zdjęcie. Obok mającego wywołać panikę tekstu o zbliżających się protestach umieszczono zdjęcie, które stało się niesławne wśród aktywistów na całym świecie: to zdjęcie pokazuje zdezorientowanego Simona Chapmana, leżącego na ziemi, bitego przez policję, który za moment zostanie świadomie oskarżony o czyn, którego nie popełnił. (Historia zdarzenia poniżej).

Tytuł pod zdjęciem brzmi: "Zadymy w Salonikach - powtórka u nas?"

Dla wydawców ŻW "to" jest obrazem chaosu i przemocy, która ma być nieodłączna od antyglobalistów. Dla nas, "to" jest prawdziwą historią, która kryje się za tym obrazem. To historia, której ŻW ani inne gazety wolą ignorować, choć były o niej informowane przez warszawskich aktywistów. Redakcja postanowiła jedynie wykorzystać zdjęcie przy następnej okazji.

Dzieje się tak dlatego, że rozpisywanie się o "zadymach" pomaga sprzedawać gazety. Historia o zaaranżowanej przez policję prowokacji i świadomie wysuniętych fałszywych oskarżeniach, bicie protestujących udokumentowane na filmie, brutalność i kłamstwa - ta historia widocznie nie musi być opowiedziana. Dziennikarze już dawno zapomnieli o nieszczerym przyrzeczeniu, że "są po to, by informować ludzi" i "wyjawiać fakty na światło dzienne", lub choćby zbadać sprawy, o których piszą. Prawdziwa historia stojąca za obrazem jest bezwartościowa dla dziennikarzy, jeżeli nie daje się sprzedać jako sensacja i jeżeli jest niewygodna dla władz.

Aby poinformować tych, którzy nigdy nie słyszeli tej historii: ubiegłego czerwca podczas szczytu UE w Salonikach odbyły się demonstracje. W tłum demonstrantów wmieszali się prowokatorzy. Demonstracja została zaatakowana przez policję przy użyciu broni chemicznej uznawanej za nielegalną w większości krajów świata (autorka tych słów była świadkiem tych wydarzeń). Simon Chapman, aktywista nie uznający przemocy został potraktowany jak przestępca, gdyż korzystał ze swojego fundamentalnego prawa wyrażenia sprzeciwu. Należy odnotować, że jego protest był pokojowy. Nie nosił on maski i miał ze sobą tylko fioletowo-niebieski plecak, w którym znajdowała się butelka wody. Simon został zagazowany, pobity i skopany przez policję. Został poważnie ranny, a jego rany wymagały zszycia.

Przesunął się na chodnik, który był pokryty różnymi przedmiotami. Musiał usiąść. Możliwe, że nawet nie mógł się poruszyć. W tej samej chwili gdy siedział na chodniku, podszedł do niego policjant z plecakiem, który nie należał do Simona i położył go obok niego. Ta scena została nagrana na wideo i nie ma żadnych wątpliwości, że plecak o posiadanie którego został oskarżony Simon nie był tym, który przyniósł na demonstracje. Był to plecak podłożony przez policję.

Dalszy ciąg wydarzeń był jeszcze gorszy. Sądy przez długi czas nie chciały uznać dowodów. Simon został aresztowany razem z innymi osobami. W pewnym momencie, wszyscy postanowili rozpocząć strajk głodowy. Strajk był bardzo radykalny i stał się gorącą wiadomością. Więźniowie strajkowali od 49 do 66 dni (nie wszyscy rozpoczęli strajk w tym samym czasie). Ich stan był bardzo krytyczny. W końcu polecono lekarzom by karmili więźniów na siłę. Ci lekarze, którzy odmówiliby wykonania polecenia mieli zostać oskarżeni o zabójstwo.

Ta historia pojawiła się w massmediach, ale nie w Polsce. "ŻW" i inne gazety nie uznały tego tematu za "godnego odnotowania". Plotki z Hollywood są warte odnotowania. Brutalność policji i los obywateli widocznie nie zasługują na taką samą uwagę. Przesłaliśmy do ŻW informacje, zaprosiliśmy dziennikarzy na protest, przesłaliśmy dowody fotograficzne. Bez odzewu. Historia Simona nie okazała się "użyteczna". Jego obraz, fałszywa reprezentacja "zadymiarzy" była bardziej użyteczna niż rzeczywistość.

Strajkujący więźniowie zostali zwolnieni, a kilka tygodni temu oddalono wszystkie pozwy przeciwko nim.

Simon Chapman nie był przykładem tego co ŻW usiłowało zilustrować: całkiem przeciwnie. Jest on wyjątkowym przykładem stanowczości w obliczu przemocy policji i nadużyć władzy i sądów. Teraz jest również przykładem manipulacji medialnej.

Aby uzyskać więcej informacji o prawdziwej historii, zajrzyjcie na strony poniżej. (Są tam setki łączy do przejrzenia. Ci, którzy nie znają angielskiego mogą zrozumieć co się stało na podstawie obrazów. Gdyby ŻW było choć na tyle uczciwe, by podać całą sekwencję obrazów!)

Laure Akai

http://www.abc-sweden.org/texter/news261103_1.htm
http://www.telegraph.co.uk/global/main.jhtml?xml=/global/2003/11/21/wchap21.xml
http://www.freesimonchapman.org/video/simon.html
http://www.freesimonchapman.org/evidence.html
http://web.amnesty.org/library/Index/ENGEUR250092003
http://www.statewatch.org/news/2003/jul/leaflet1.pdf
http://www.indymedia.org.uk/en/2003/09/278180.html#evidence
http://www.indymedia.org.uk/en/2003/09/278180.html#cmedia
http://www.indymedia.org.uk/en/2003/09/278180.html#top
http://www.indymedia.org.uk/en/regions/london/2003/09/278238.html

Rola mediów (oraz policji) w prowokowaniu przemocy i histerii

Laure Akai

Nie może być co do tego żadnych wątpliwości: przemoc jest łakomym kąskiem dla mediów. Choć dziennikarze i redaktorzy bardzo starają się pokazać, jak bardzo brzydzą się przemocą, przemoc sprawia, że media rozkwitają. To jest jedyny temat, które media są gotowe przedstawiać z zapałem. Temat, który gwarantuje wysoką sprzedaż coraz gorszej jakości gazet i czasopism i który sprawia, że dziennikarze zaczynają się ślinić. Ich symboliczne potępienie przemocy nie przeszkadza im cieszyć się z faktu, że artykuły z lubością opisujące przemoc pomogą im w karierach dziennikarskich.

W warszawskich mediach pogoń za sensacją spowodowała katastrofalny spadek poziomu dziennikarstwa (czy zachowały się jeszcze jakieś standardy dziennikarstwa?). Świeżo upieczeni dziennikarze i wydawcy nastawieni wyłącznie na zysk robią co mogą, by znaleźć jak najwięcej tytułów przyciągających uwagę i wzbudzających niepokój. Pisma, o które niegdyś były na dobrym poziomie stoczyły się do poziomu brukowców. Liczne ostatnio artykuły o "antyglobalistach atakujących Warszawę" pełne są rażących błędów. Nie jest jasne, czy dezinformacja znajduje swoje źródło w policji (policja chętnie udostępnia swoje raporty dziennikarzom i zachęca do pisania negatywnie nastawionych artykułów), czy też błędne informacje są po prostu wymysłem dziennikarzy. Na przykład informacja, jakoby antyglobaliści mieli rozbić obóz na lotnisku Bemowo, lub informacja o fikcyjnych "przywódcach" antyglobalistów, którzy mieli zarezerwować pokoje w hotelu Hyatt. Niezależnie od podobnych "wpadek" jedno jest jasne: media nie mogąc się doczekać wspaniałych scen do sfotografowania celowo zachęcają do działań pełnych przemocy. Fotografie przedstawiające "zadymiarzy" w akcji na pierwszych stronach szmatławców takich, jak "Życie Warszawy" i "Metro" sprawiły, że to co zapowiadało się jako skromny protest stało się "apokalipsą".

Niektórzy mogą nie zrozumieć mojej tezy, że media są w dużej mierze odpowiedzialne za wydarzenia, które mogą nastąpić. Pozwolę sobie więc wyjaśnić to dokładniej.

Żyjemy w świecie, w którym ludzie często nie zauważają istnienia tego, co nie posiada postaci medialnej prezentowanej przed masową publicznością. Istnieją równoległe świadomości, być może równoległe rzeczywistości. Jedna z tych rzeczywistości, to "prawdziwy" świat. Działania, które podejmuje każda osoba niezależnie od tego, czy ktoś inny o tym się dowie. Drugim światem jest świat istniejący w masowej świadomości społeczeństwa i który nie jest oparty na bezpośrednich empirycznych doświadczeniach, ale informacjach pochodzących z mediów. Stopień, w którym media zdołały zastąpić społeczność w roli głównego dostarczyciela informacji może być różny, ale gdy postrzegana rzeczywistość zaczyna być kształtowana w przeważającej części przez media własna egzystencja jednostki nabiera sensu w oczach jej samej tylko wtedy, gdy obraz jej stylu życia, przekonań i przynależności etnicznej (czy jakiegokolwiek innego wyznacznika tożsamości) znajduje swoje odbicie w mediach.

Jak działa ten proces w odniesieniu do antyglobalistów? Nawet samo-identyfikacja jako "antyglobalisty" jest przejawem tego samego zjawiska. "Ruch antyglobalistyczny" nie istniał dopóki nie został wymyślony przez dziennikarzy. Niektórzy przyjęli tą nazwę, gdyż wydawało im się, że społeczeństwo skojarzy tą nazwę nie tyle z ideą, którą miała reprezentować, ale z faktem, że ONI, "antyglobaliści" zdołali dokonać czegoś na tyle dużego i ważnego, że uzyskali uznanie stacji telewizyjnych na całym świecie.

W rzeczywistości ruch nie pojawił się nagle z nikąd. Wielu ludzi tworzących ruch, jeśli nie wszyscy, od lat prowadzili codzienną działalność anarchistów i alterglobalistów: prowadzili ośrodki społeczne, banki żywności, spółdzielnie, księgarnie i projekty wydawnicze, pracowali z biednymi i bezdomnymi, uczyli się, organizowali wydarzenia kulturalne, itd... Wyglądało jednak na to, że media nie były w stanie dostrzec tej działalności. Było tak, jakby ta działalność w ogóle nie miała miejsca. W świadomości znajdującej się pod kontrolą mediów, to co nie jest pokazywane przez CNN po prostu nie istnieje. Mit o nagłym pojawieniu się dziesiątek tysięcy ludzi znikąd wydaje się bardziej logiczny niż możliwość, że ten ruch istniał cały czas, ALE nikt o nim nie wiedział do czasu, gdy wybuchła przemoc.

To jest klucz problemu. Ponieważ pojawiła się przemoc, świat coś zauważył. W takich okolicznościach następujące rozumowanie wydaje się logiczne: jeżeli chcesz zostać szybko zauważonym, najlepiej daj się pobić gliniarzowi.

Większość aktywistów bynajmniej nie aspiruje do pokazywania się w mediach, ale rośnie liczba ludzi, których przyciągają bitwy uliczne na których koncentrują się media. Ci ludzie pojawiają się na demonstracjach licząc na powtórkę. Gdyby media koncentrowały się na spółdzielniach organizowanych przez anarchistów zamiast pokazywać ludzi wybijających szyby w oknach prawdopodobnie więcej ludzi poczułoby chęć organizowania spółdzielni. W chwili obecnej nie ma żadnej pozytywnej reakcji na działania pozytywne. Wszystko, co powinno wydawać się mniej "odrażające" tym rzekomym "strażnikom publicznego spokoju" takim jak Życie Warszawy nie jest w żaden sposób promowane. Redakcja "ŻW" może twierdzić, że nie nakłania do aktów przemocy, ale to nie anarchistyczni organizatorzy demonstracji zaprosili pseudokibiców, by niszczyli witryny sklepowe (zresztą anarchiści popierają małe sklepy, które rzekomo mają chcieć zniszczyć). To media za pomocą atrakcyjnych zdjęć na pierwszych stronach poinformowały i zachęciły kibiców do udziału w demonstracji. Nie wydaje nam się, by kibice interesowali się polityką, lub tym co robimy. Nawet nie wiedzieli by o tym wydarzeniu gdyby nie agresywne nagłówki gazet obwieszczające, że Warszawa będzie miejscem na zadymę.

Nie oznacza to wcale, że gwarantujemy iż nikt nie będzie próbować niszczyć baru McDonalds (lub redakcji "ŻW"). Protesty są publiczne. Ale choć przypadki przemocy są wyizolowane, szanse na eskalacje przemocy znacznie się zwiększają, gdy przemoc jest tematem numer jeden w mediach. Zachowanie policji również jest istotnym czynnikiem. Im bardziej represywnie będzie się zachowywać policja, tym bardziej gwałtowna będzie reakcja demonstrantów.

Trudno uwierzyć, że media i policja nie rozumieją popełnianych przez siebie błędów. Zamiast tego, dążą do sprowokowania przemocy zamiast uczyć się na swoich błędach, zmienić taktykę, lub po prostu pozwolić by sprawy toczyły się swoim naturalnym torem. Spodziewamy się, że zarówno policjanci, jak i dziennikarze z utęsknieniem czekają na spełnienie swoich wizji pełnych przemocy. Dzięki temu będą mogli udawać, że bronili świat, lub przynajmniej wykonywali dobrą robotę informując o tym. Jednym słowem, będą mogli dzięki temu zapewnić sobie stanowiska pracy. Trudno uwierzyć w to, jak nisko upadło dziennikarstwo i że nikt nie jest w stanie rozliczyć dziennikarzy z ich odpowiedzialności za skutki ich działań na świadomości społecznej i decyzjach politycznych władz.

Dziennikarze z "Metro" chcą zobaczyć więcej rozlewu krwi

"Nudno i pokojowo". To ocena dziennikarzy "Metro". Takie jest ich zdanie, gdy dowiedzieli się, że jednak nie zamierzamy spalić miasta. To właśnie rodzaj mentalności najgorszego sortu, ludzi wychowanych na oglądaniu bezmyślnych filmów akcji i grających w zbyt wiele gier komputerowych. Przesłanie dziennika jest takie: "gadanie jest nudne - dajcie nam zamaskowanych demonstrantów, płonących gliniarzy, wybite okna i rozlew krwi; chcemy rozrywki: scen pościgu i bitew; nie interesuje nas, co macie do powiedzenia".

Kolejny raz dziennikarze i wydawcy postanowili nie drukować informacji o wydarzeniach planowanych podczas Forum. Musieli dojść do wniosku, że z pewnością nikogo to nie zainteresuje. Zapewne nikt nie interesuje się alternatywną ekonomią. Jedyne co jest potrzebne, to zdjęcia "zadymiarzy" o których można łatwo snuć moralizatorskie wywody. Kolejny raz przesłaliśmy informację o wydarzeniach do mediów, a te - uznając, że historia nie jest sensacyjna - postanowiły po prostu to zignorować.


Wygląda na to, że rzucanie w nas epitetu "nudni" ma stanowić dla nas wyzwanie, byśmy wystąpili w sposób bardziej spektakularny niż poprzednio planowany, dzięki czemu redakcje gazet mogłyby lepiej sprzedać swoje brukowce.

Co ciekawe, tego samego dnia ukazał się artykuł dużo bardziej utalentowanej dziennikarki w "Gazecie Stołecznej". Okazało się jednak, że prawdziwy opis podejmowanych przez nas działań nie jest aż tak "nudny". Dziennikarze z "Metra" muszą uważać prawdę za strasznie nudną rzecz.

Metro, choć też należy do Agory, podąża drogą sensacji (pamiętamy okładkę z tytułem "Szczyt Apokalipsy"). Nie jest jasne, czy redakcja uznaje swoich czytelników za zbyt ograniczonych, by zrozumieć inteligentny tekst, czy specjalnie wyznaczono głupich dziennikarzy do "Metro", by zająć tą niszę rynkową. Tak daleko idące próby zaniżania poziomu dziennikarskiego wydają się nam szokujące. Dziennikarze w niezwykle arogancki sposób ocenili inteligencję swoich czytelników.

W brukowcu "Fakt" z 11 marca 2004 ukazał się artykuł:

"Bitwa o Warszawę" autorstwa Magdaleny Rubaj.

Czytamy w nim m.in.:

"Niszczyć, palić, bić się z policją - po to na spotkania światowych przywódców ściągają rzesze awanturników z całego świata";

"To oni - politycy, ekonomiści i inne ważne osoby w eleganckich garniturach i drogich kostiumach - są celem manifestantów. Ale zawsze cierpią zwyczajni ludzie.";

"Żadne auto nie jest bezpieczne. Antyglobaliści wyładowują wściekłość na wszystkim, co napotkają na swojej drodze."

Artykuł został opatrzony prymitywnym kolażem zestawiającym zdjęcie z Genui z Pałacem Kultury. To jak na razie najbardziej prostacki artykuł o antyszczycie, jaki udało nam się znaleźć. "Fakt", pismo na dorobku, musi przecież uczestniczyć w wyścigu na zaniżanie poziomu, po to by zdobyć jak najwięcej czytelników. W porównaniu z "Faktem" "SuperExpress" wydaje się być pismem dla intelektualistów.

Czy przy takim poziomie dziennikarstwa w ogóle pojawi się dyskusja merytoryczna o tematach, które będą poruszane na szczycie?

W magazynie Newsweek nr. 11/04 ukazał się następujący tekst:

"Szturmem na Pałac"

http://newsweek.redakcja.pl/archiwum/artykul.asp?Artykul=9260

Tekst wpisuje się w tendencję koncentrowania się tylko i wyłącznie na temacie "zadymy". Autorów nie interesowało nic, co by nie pasowało do z góry założonego schematu. Pani Longina Grzegórska kontaktowała się również ze mną. Dowiedziawszy się, że mam do przekazania wyłącznie informację na temat alternatywnego forum, a nie "zadymy", momentalnie straciła zainteresowanie. Udało się jej jednak przekonać Macieja Plucińskiego do udzielenia wywiadu obietnicą napisania rzetelnego materiału. Poniżej list samego zainteresowanego do redakcji Newsweeka (nie wiemy, czy zostanie opublikowany przez redakcję).

Jakub

Redaktor naczelny
Tomasz Wróblewski
NEWSWEEK Polska

Chciałbym złożyć skargę na panią Longinę Grzegórską, współautorkę
artykułu "Szturmem na Pałac", który ukazał się w 11 numerze
Newsweeka (08-03-04 r.).
L. Grzegórska, podczas przeprowadzania ze mną wywiadu do
tegoż artykułu, obiecała przysłanie mi go do autoryzacji. Dokonanie
autoryzacji było warunkiem udzielenia przeze mnie zgody na
umieszczenie w tekście mojego nazwiska i fotografii. Niestety pomimo
obietnicy, artykuł ten nie został udostępniony mi do autoryzacji.
Kolejną sprawą, na którą muszę zwrócić uwagę, jest fakt
wprowadzenia mojej osoby w błąd. L. Grzegórska w momencie, gdy
zwróciła się do mnie z prośbą o udzielenie wywiadu do artykułu w
Newsweeku, zapowiedziała, że ma być to publikacja koncentrująca się
na zagadnieniach merytorycznych takich jak przyczyny protestu
przeciwko Europejskiemu Forum Ekonomicznemu (EFE), a także
informującą o Alternatywnej Konferencji Ekonomicznej, mającej się
odbyć w czasie obrad EFE w Warszawie. Jak zapewniała mnie L.
Grzegórska, jej zamiarem było rzetelne przedstawienie przyczyn
protestów alterglobalistycznych, nie zaś koncentrowanie się na
aspekcie zamieszek i zadym. Niestety ale po lekturze artykułu z
przykrością stwierdziłem, że jest to kolejna próba zdyskredytowania
oddolnego ruchu społecznego, wymierzonego przeciwko polityce
międzynarodowych instytucji finansowych. Artykuł "Szturmem na Pałac"
jest antytezą dziennikarskiej rzetelności oraz doskonałym przykładem
manipulowania faktami i wypowiedziami. Wydaje się, że autorzy
artykułu nie powinni podejmować się opisywania czegoś, czego
najwyraźniej nie rozumieją, lub nie dokładają odpowiednich starań
aby zrozumieć. Świadczy to o ich niepoważnym podejściu do
zagadnienia ruchu alterglobalistycznego, reprezentowanego przez
tysiące ludzi zarówno w Polsce, jak i na całym świecie.
Jest dla mnie oburzające, że L. Grzegórska posłużyła się moim
imieniem i nazwiskiem, pomimo że wiedziała, iż nie chcę współtworzyć
kolejną, wyprzedzającą fakty, a także wywołującą paranoję i histerię
publikację prasową, w kwestii ewentualnych zamieszek w czasie obrad
EFE w Warszawie.
Gdybym odpowiednio wcześniej znał treść planowanego do publikacji
artykułu, nie udzieliłbym zgody na umieszczenie w nim mojego
nazwiska oraz fotografii. W sytuacji jak zaistniała, można odnieść
wrażenie, że jestem jednym z organizatorów jakiejś mającej się odbyć
w przyszłości zadymy. Uważam więc, że moje dobre imię zostało
narażone na szwank.
Zwracam się do Pana z prośbą o zamieszczenie tego listu w kolejnym
numerze Newsweeka, a także o wyciągnięcie konsekwencji służbowych w
stosunku do p. Longiny Grzegórskiej, która posługując się
nieetycznymi metodami, takim jak kłamstwo i manipulacja, naraziła na
szwank również dobre imię magazynu Newseek. W przeciwnym razie będę
zmuszony wystąpić na drogę sądową, aby dochodzić moich praw.

Z poważaniem
mgr Maciej Pluciński