Z ARCHIWÓW
"Gazeta An Arché" nr 49 - zamknięto 8 I 1998
ZA ILE DO NATO?
Po rozpadzie Układu Warszawskiego na światowej arenie polityczno-militarnej
powstała luka - silnie destabilizująca status quo sił przemysłowo-militarnych.
Srodze pomyliłby się ten, kto oczekiwałby po tym fakcie światowego odprężenia
czy zaniechania zbrojeń lub rozwiązania bloków wojskowych. Po rozpadzie sojuszu
militarnego państw socjalistycznych pojawiły się głosy podające w wątpliwość
sens istnienia Paktu Północnoatlantyckiego. Bynajmniej jednak nikt spośród kół
rządowych
państw-stron, a tym bardziej koncernów przemysłu militarnego czy kół wojskowych,
nie wątpił w rację bytu NATO.
Przypomniała się stara prawda zapisana przez G. Orwella w Roku 1984, że bez względu na faktyczne zagrożenie zawsze należy sobie znaleźć wroga. Jest to genialna metoda kontroli społeczeństwa.
Ponadto jeśli chodzi o współczesne realia, to sytuacja taka jest filarem istnienia
megakonsorcjów przemysłu wojskowego. Dla potrzeb którego (przypomnę) pracuje
blisko 95% kadry naukowej na świecie. Który to przemysł jest najpotężniejszą
obecnie gałęzią postępu technologicznego oraz przemysłu w ogóle. A co wydaje
się być najważniejsze, stoją za tym wszystkim niemałe
pieniądze. Do tego minęły czasy, gdy fabryki zbrojeniowe należały do prywatnych
właścicieli. Rady nadzorcze koncernów wojskowych od pewnego czasu skutecznie
zabiegają, aby część udziałów firmy należała do państwa. Tym samym nie tylko
zabezpiecza to kapitalistę przed plajtą, ale daje pewność zamówień (1).
NATO musiało istnieć dalej nie tylko ze względu na redukcję budżetów wojskowych
w samych krajach-sygnatariuszach paktu, ale również ze względu na kurczące się
listy zamówień na uzbrojenie. Początek lat dziewięćdziesiątych postawił zachodni
przemysł zbrojeniowy, a co za tym idzie gospodarki tych państw przed widmem
zapaści ekonomicznej. Potrzebą stało się utrzymanie
dotychczasowych rynków zbytu broni i technologii (co przynosi często większe
zyski od sprzedaży samej broni) oraz poszukiwanie nowych.
Prawdopodobnie po to była wojna z Irakiem (2), temu też służy istnienie, a zwłaszcza poszerzenie NATO.
W Polsce i innych krajach byłego obozu socjalistycznego (już niemal z chwilą
oderwania się od zależności z ZSRR) mówi się wciąż o konieczności przystąpienia
do struktur NATO-wskich. Od kilku lat trwa indoktrynacja propagandowa społeczeństwa
w tej kwestii. Rezultatem tego są wyniki sondaży, które wskazują, iż za przystąpieniem
Polski do NATO opowiada się ok. 80%
społeczeństwa. Jest to wynik nie tylko samej propagandy NATO-wskiej, lecz przede
wszystkim sztucznie wywołanego strachu przed "nowym wrogiem".
Jest nim oczywiście Rosja. Do tematu tego jeszcze powrócę. Tymczasem chciałbym
zwrócić uwagę na to, że poczucie bezpieczeństwa, do którego tak chcą lgnąć Polacy
jest zbudowane wyłącznie na "chciejstwie", ponieważ jak
sądzę niemal nikt spośród tych 80% rodaków nie zdaje sobie zupełnie sprawy z
kosztów tego przedsięwzięcia. Nie tylko dlatego, że o kosztach przystąpienia
Polski do NATO zaczęto mówić stosunkowo niedawno (około roku 1996, i to głównie
w pismach specjalistycznych), lecz przede wszystkim w związku z tym, że gdy
już rozpoczęto o kosztach owych rozmawiać, zaczęto od razu
przedstawiać je w sposób delikatnie mówiąc lakoniczny i trywialny.
Media
Odegrały w tym najznaczniejszą oczywiście rolę nie tylko jako środek przekazu informacji, lecz przede wszystkim jako środek odpowiedniej obróbki tej informacji.
Zazwyczaj wyglądało (i wygląda) to tak, że jeżeli jakiś polityk czy wojskowy wypowiadał się na temat kosztów przystąpienia do NATO, polskie media podawały do publicznej wiadomości informację cząstkową, zawierającą przekłamanie sumy lub tylko jej zaniżoną część (3). Co jest ponadto istotną kwestią, jak do tej pory nikt nigdzie nie podał pełnej szacunkowej sumy kosztów, które Polacy poniosą w związku z przystąpieniem do Paktu Północnoatlantyckiego. Czyniły to częściowo źródła zachodnie, zupełnie sporadycznie i cząstkowo cytowane w polskiej literaturze wojskowej. Przejdę jednak do przykładów.
20 marca 1997 r. w głównym wydaniu "Wiadomości" podano informację (za orzeczeniem Sztabu Generalnego), że koszt przystąpienia do NATO wyniesie 2 mld dolarów i zostanie rozłożony w czasie. Faktycznie w orzeczeniu była wspomniana ta suma, lecz równocześnie wspomniano (mimochodem), że Polska będzie zmuszona podjąć się wysiłku modernizacji armii (sumy tej modernizacji nie podano). Lecz modernizacja taka tak czy inaczej byłaby nieunikniona... Dziwne, że do tej pory, dopóki wejście do NATO nie zostało oficjalnie potwierdzone przez Brukselę, żadnej modernizacji nie podjęto, a wydatki na MON minimalnie malały (do 1997 roku). Tak czy inaczej, drugiej części orzeczenia w mediach nie podano.
Nieomal identyczna sytuacja powtórzyła się 14 kwietnia, z tą różnicą, że tym
razem podano publicznie do wiadomości, że suma, jaką Polska wyda w chwili wejścia
do NATO wyniesie 1,5 mld dolarów. Dla wyjaśnienia na koniec tej kwestii dodam,
że wymieniane tu sumy dotyczą po prostu składek członkowskich, jakie Polska
będzie zobowiązana płacić. Rocznie wyniesie to
ok. 120-150 mln $. Z tego wynika, że w TV podawano koszt 10-15-letnich opłat
za członkostwo.
Inaczej do zagadnienia kosztów wejścia do NATO podchodził cykl programów wojskowych
TV. W programach "Z czym do NATO" podejmowano niejednokrotnie temat
kosztów. Lecz i tu nie wspomniano o konkretnych całościowych sumach.
Jednym razem wspomniano, podobnie jak w "Wiadomościach", o sumie 1,5-2
mld $ za składki. Kilka tygodni później mówiono o kolejnych 1,2-1,5 mld $ jako
kosztach, jakie poniesie nasza armia w związku z wymogiem standaryzacji norm,
sprzętu i zaplecza technicznego.
Jednak prawdziwe zamieszanie, a raczej manipulacja opinią publiczną zaczęła się od końca sierpnia 1997 r., gdy Sejm przyjął:
15-letni plan modernizacji armii
Zaraz po uchwaleniu projektu "Wiadomości" i "Panorama"
podały, że całkowity koszt modernizacji polskiej armii do 2012 roku wyniesie
ok. 40 mld zł (czyli ok. 10 mld $). Z całej literatury specjalistycznej (do
dnia 27 IX, gdy piszę niniejszy tekst) ukazał się jeden spory materiał szczegółowo
podchodzący do kosztów modernizacji armii do 2012 roku. Mam tu na myśli "Polskę
Zbrojną" nr 36 z 12 września 1997 r. Nastąpiło tam w miarę szerokie omówienie
programu modernizacji, lecz znalazło się tam też całe mnóstwo przekłamań i zwykłych
bzdur. Zacznę jednak od informacji istotnej, a nie podanej do szerokiej wiadomości
- owe 10 mld $ mających być wydane na modernizację nie obejmuje zakupu 100 nowych
samolotów wielozadaniowych, których koszt zostanie pokryty z innych wydatków
budżetu, a wyniesie on kolejne 5-6 mld $. Tego typu działanie jest typowym przykładem
ukrywania kosztów zbrojeniowych w innych kosztach. Praktyka taka znana była
za czasów socjalistycznych, a do dziś
praktykowana jest np. w Chinach.
W omówieniu planu modernizacji armii zawartym w "Polsce Zbrojnej" znalazła się jeszcze jedna prawdziwa, a bardzo ważna wzmianka. Mianowicie to, że budżet MON będzie rocznie wzrastał o 3% ponad wzrost budżetu państwa.
Co to oznacza - to mianowicie, że budżet MON będzie rósł 3% rocznie powyżej inflacji, a także, co zdaje się najważniejsze, powyżej wzrostu gospodarczego.
Poza tymi dwiema informacjami w komentarzach zarówno w mediach ("Wiadomości" z 11 września), jak i wspomnianej "Polsce Zbrojnej" znaleźć już można same błędne wskazania i tezy.
Pierwszą podstawową sprawą jest to, że podana suma 10 mld $ przeznaczona na
modernizację jest sumą jak sądzę celowo zaniżoną.Jednak by do tego dojść, należy
przedstawić całościowo problem budżetu MON. A i z tym zagadnieniem
łączy się parę kłamstw.
W chwili obecnej budżet MON wynosi ok. 3,3 mld $. Jeśli trzymać się wyłącznie
wskazanego poziomu wzrostu budżetu, czyli 3% rocznie, to w roku 2012 budżet
ten powinien wynieść ok. 5,2 mld $. Czyli wzrośnie w porównaniu do chwili obecnej
o 53%. Natomiast we wspomnianym periodyku wojskowym podano, że budżet wzrośnie
o niecałe 30%. Z tego wynika, że żołdacy albo
powinni modernizację armii rozpocząć od korepetycji z matematyki, albo chodzi
tu o celowe wprowadzenie opinii publicznej w błąd, i to jeszcze w klimatach
utyskiwania, że wojsko dostanie tak mało środków. Wynikałoby z tego, że do 2012
roku na modernizację wyda się nie 10 mld $, a 12,5 mld $. Ale w sumie co to
jest 2,5 mld $ - gratka!
A jeśli do tej kwoty dodamy owe 5-6 mld za samoloty, to wyjdzie nam nagle ok. 18 mld $, czyli już niemal dwa razy tyle, co suma podawana w masowych środkach przekazu.
Ale to jeszcze nie wszystko, czym nas mogą zaskoczyć wojskowi i koła rządowe. Ponieważ, jak przytaczałem wcześniej, do 3% wzrostu ponad wzrost budżetu w rezultacie należałoby dodać procentowy wzrost budżetu o przyrost gospodarczy. Gdyż jeśli przyrost gospodarczy będzie nadal występował (a nic nie zapowiada, aby tak nie miało się stać), to o ten sam procent dodatkowo będzie wzrastał budżet MON. Co prawda wspomina o tym jeden z publicystów "Polski Zbrojnej", ale półgębkiem i zaraz dodaje, że to raptem dodatkowo ok. 4% rocznie.
Tak się składa, że wzrost gospodarczy w ciągu ostatnich lat wyniósł średnio 5-6% (4). Idąc dalej, dałoby to łącznie 8-9% wzrostu budżetu MON. Przeliczając to na konkretne sumy pieniędzy, da to: całoroczny budżet MON w 2012 r. - 11-12 mld $ (nie zaś 4,4 mld $, jak się podaje); całościowa suma przeznaczona na modernizację do 2012 r. - 27-28 mld $ (nie zaś 10 mld $, jak się mówi oficjalnie). Natomiast przez te 15 lat Polska na wojsko w ogóle wydałaby 112 mld $ (przez ostatnie 8 lat wydaliśmy ok. 23 mld $).
Warto jeszcze porównać, jak się to ma do procentu w budżecie państwa. Wzrost
gospodarczy budżetu powinien oznaczać mniej odczuwalny wzrost wydatków, lecz
to teoria, ponieważ mimo wzrostu gospodarczego udział wydatków na wojsko w
budżecie narodowym wzrośnie blisko dwukrotnie. Tak więc realne koszty naszego
przystąpienia do NATO są znacznie większe, niż podaje się to oficjalnie (5).
Jeżeli wydatki na wojsko zwiększa się procentowo w budżecie, oznaczać to będzie,
że pieniądze na wojsko uzyska się kosztem innych sfer wydatków (najpewniej socjalnych).
O tych wszystkich aspektach wejścia Polski do NATO nie mówi się jednak nigdzie. Nie podaje się pełnych kosztów, nie informuje o wydatkach, jakie musi ponieść budżet, a co za tym idzie każdy obywatel. W miejsce tego serwuje się zaniżone szacunki i sumy.
Powstaje pytanie, czy gdyby społeczeństwo znało rzeczywiste koszta, jakie musi ponieść, to równie chętnie opowiadałoby się za przystąpieniem naszego kraju do struktur Paktu Północnoatlantyckiego? Czy aby poparcie nie spadłoby poniżej połowy wszystkich wyborców, a może okazałoby się, że konieczne jest referendum?
Polskich polityków, a tym bardziej zachodniego i krajowego przemysłu zbrojeniowego nie stać na takie ryzyko. Stąd niemal wszyscy żyją w błogiej nieświadomości utwierdzanej przez środki masowego przekazu. Im większa kampania w mediach promująca przystąpienie Polski do NATO, tym równocześnie wprost proporcjonalnie większa psychoza rozpętywana wokół Rosji - czyli naszego największego potencjalnego wroga.
Bo znowu w myśl badań statystycznych większość ludzi największe zagrożenie
upatruje w Rosji. Rzecz jasna jest to odpowiednio podsycane przez media. Przedstawia
się w nich Rosję wyłącznie pod kątem działalności mafijnej, kryminalnej, militarystycznych
zapędów niektórych polityków (których i w Polsce nie brakuje), czy wystąpień
marginalnych grup komunistycznych
ekstremistów. Jeśli dodamy do tego wysuwany na pierwszy plan rozkład ekonomiczny
tego kraju, to otrzymamy agresywny, rozdygotany wewnętrznie kraj z kipiącymi
nienawiścią (do nas rzecz jasna) obywatelami. A taki właśnie obraz Rosji nam
się przedstawia.
Nie będę tutaj zastanawiał się nad sytuacją sceny politycznej czy życia umysłowo-intelektualnego u naszych wschodnich sąsiadów (6). Przedstawię za to bliżej te płaszczyzny militarno-ekonomiczne, na których buduje się narodową niechęć i strach przed Rosją.
Militarnie Rosja jest potęgą, lecz stojącą na glinianych nogach. Poza siłami nuklearnymi, pozostała część armii przechodzi kryzys. Ukazał to doskonale i w pełnym świetle konflikt w Czeczenii, przy okazji którego okazało się, że (potencjalnie) druga na świecie siła militarna nie potrafi sobie poradzić z niespełna milionowym narodem kaukaskich górali.
Sama porażka Rosji w Czeczenii nie musi świadczyć akurat o słabości jej armii.
Wszak zakończona także porażką interwencja w Afganistanie miała miejsce gdy
potęga wojskowa ówczesnego ZSRR była niekwestionowana. Podobnie gdy wojska USA
uciekały z Wietnamu, ogólny stan armii amerykańskiej był daleki od kryzysu.
O obecnej słabości rosyjskiej armii świadczy za to
przebieg działań wojennych (a raczej zbrodniczych) w Czeczenii.
Na przykład po to, by w Czeczenii brały bojowy udział wydzielone przez armię rosyjską śmigłowce (raptem 1/10 całości sił śmigłowcowych), prawie cała reszta parku maszynowego na terenie całej Rosji miała wstrzymane loty z powodu braku paliwa i uzbrojenia - przerzuconego w tym czasie do Czeczenii. Nie lepiej wyglądała sytuacja w wojskach lądowych. Do Czeczenii wysłano jednostki nie tyle najlepsze, co nieliczne skadrowane (w pełni liczebne i wyposażone) z całego terytorium kraju.
Najtragiczniejsza jest jednak sytuacja w rosyjskim lotnictwie. Na przykład
traktowani do tej pory priorytetowo piloci samolotów MiG-31 wylatują rocznie
raptem 20 godzin. Dla porównania piloci NATO przebywają rocznie w powietrzu
ok. 200-260 godzin, polscy piloci ok. 70-90 godzin. Rezultatem tego są spore
straty lotnictwa rosyjskiego wynikłe po prostu z niedoszkolenia pilotów.
Można rzecz, że armia rosyjska nie jest zdolna do żadnych poważniejszych działań.
I czy w takim razie jest w stanie zagrozić Polsce?
Z drugiej zaś strony warto postawić pytanie: czy Polska mimo planowanego wydania
na wojsko tylu miliardów dolarów w najbliższych latach będzie w stanie obronić
się w razie ewentualnej napaści. Przyjmijmy teoretycznie, że agresorem byłaby
Rosja, to biorąc pod uwagę poziom jej armii oraz tendencje, jeśli idzie o jej
rozwój (planuje się modernizować głównie siły atomowe,
konwencjonalne natomiast w stopniu nikłym) - to Polska narażona byłaby przede
wszystkim na atak atomowy, przed skutkami którego nie jesteśmy w stanie się
ustrzec bez względu na wysokość sum łożonych na wojsko.
Ponadto, w myśl współczesnych analiz, w razie konfliktu, biorąc pod uwagę wielkość kraju oraz ilość wojska, regularna (i nawet nowoczesna) armia będzie w stanie obronić jedynie ok. 3-5% kraju. Czyli jest w stanie działać wyłącznie w wybranych kierunkach. Resztę działań przejęłaby obrona terytorialna i cywilna.
Okazuje się tym samym, że armia dobrze czy źle wyposażona, istniejąca realnie czy też na papierze, nie jest w stanie w razie czego zapewnić nam bezpieczeństwa. Które z kolei może zapewnić dobrze wyposażone pospolite ruszenie partyzanckie. Przykładem tego jest wspomniana już Czeczenia, Afganistan, Wietnam.
Co więcej, idąc śladem niektórych państw Polska dąży do armii zawodowej. Co
prawda rozwiązałoby to problem poboru z przymusu, lecz koszty utrzymania takiej
armii są niewspółmiernie wysokie. Ponadto armia tego typu jest typowo
ofensywna, gdyż nadaje się najlepiej do prowadzenia działań na ograniczonym
terenie (akcje typu Irak, Somalia, Panama), a jak sądzę taka forma aktywności
odpowiada najbardziej przyszłościowym zamierzeniom NATO-wskiej generalicji.
No i, co już wspomniałem, nadaje się w sposób minimalny do obrony własnego kraju.
Tak, że nasze dążenie do NATO oraz zwiększanie wydatków na wojsko nie ma praktycznie
żadnego uzasadnienia. Proces ten jest natomiast bardzo na rękę wspomnianym na
wstępie tego tekstu koncernom zbrojeniowym. Zachodnie koncerny wykorzystują
każdą szansę sprzedaży swoich produktów, a jak widać same stymulują takie potrzeby.
Po wojnie z Irakiem same tylko Stany Zjednoczone wyeksportowały w ten rejon
świata przez 5 lat broń za ponad 30 mld $. Polska, Czechy i Węgry w ciągu najbliższych
10-15 lat wydadzą na zachodnie uzbrojenie ok. 30-40 mld $. Natomiast Rumunia
czekająca dopiero na
zaproszenie do NATO już podpisała kontrakt z USA na dostawę śmigłowców szturmowych
AH-1 za sumę 1 mld $.
Oficjalnie podaje się, że aż 75% uzbrojenia będzie kupowana we własnej, rodzimej zbrojeniówce. Lecz z moich wyliczeń wynika, że liczba ta będzie wynosić raptem 55-60%. Z czego większą część zamawianych w kraju broni będziemy produkować na licencji firm zachodnich. To z kolei łączy się z wykupywaniem rodzimych fabryk zbrojeniowych przez koncerny zachodnie.
Jeżeli w grę wchodzą takie pieniądze, jak tu przytaczałem, to nie powinno już nikogo dziwić milczenie oraz manipulacja faktami dotyczącymi dozbrajania armii i kosztami wejścia do NATO. Jeśli tylko ułamek tych sum trafi jako profity do kieszeni decydentów życia politycznego i gospodarczego, to jest to jak sądzę wystarczająco przekonywujący argument, by opowiadać się za przystąpieniem Polski do NATO i modernizacją armii.
Tak, że jeśli kraje postkomunistyczne same nie zabiegałyby o wejście do NATO, to wkrótce NATO samo by o to zabiegało, co zapewne miało miejsce w kuluarach spotkań polityczno-gospodarczych.
Rafał Qba Jakubowski
----------------------------------------------------------------------------
----
1. Zyski przemysłu to nie tylko eksport uzbrojenia, to również najważniejszy udział finansowy - zamówienia rządowe dla własnej armii, a także zamówienia związane z innymi działami gospodarki, ponieważ koncerny zbrojeniowe zajmują się nie tylko produkcją broni, lecz także produkcją samolotów pasażerskich, statków, samochodów, elektroniki czy rakiet i pojazdów kosmicznych. To także zupełnie nie postrzegana na pierwszy rzut oka sprawa transferu myśli technologicznej.
2. O której enigmatycznych przyczynach i przebiegu pisałem w "Żadnym" #14 [pismo wydawane przez autora niniejszego tekstu - przyp. red.].
3. Pełne brzmienia orzeczeń i wypowiedzi zamieszczane w całości były dostępne w pismach specjalistycznych.
4. Podczas kampanii wyborczej Balcerowicz zapowiadał, że w ciągu najbliższych 10 lat wzrost gospodarczy wyniesie do 10% rocznie. Pomijając, że kampania wyborcza zakłada mydlenie oczu obietnicami, to znając poczynania ekonomiczne Balcerowicza można spodziewać się wzrostu gospodarczego (rzecz jasna kosztem obywateli). Zważywszy, że wyżej wymieniony wszedł ze swoją partią do koalicji rządzącej. Dla MON ów szczegół oznaczałby kolejny ewentualny wzrost budżetu. Jeśli np. przyjmiemy, że wzrost gospodarczy osiągnie nawet nie 10%, lecz 8% rocznie, to dla MON oznaczać to będzie, że w 2012 roku całościowy budżet wojska wyniesie 15,3 mld $. Czyli o 60% więcej od obecnego budżetu. Przypomnę, że specjaliści od liczenia z MON wyliczyli wzrost o niecałe 30%!!! Wówczas do 2012 r. Polska wyda na uzbrojenie 33 mld $. Natomiast na wojsko w ogóle 131 mld $.
5. budżet roczny w 2012 r. wydatki na uzbrojenie do 2012 r. wydatki na MON
do 2012 r.
założenie oficjalne: budżet MON wzrastający o 3% rocznie 5,2 mld $ 18 mld $
66 mld $
założenie najbardziej prawdopodobne: budżet MON wzrastający o 7-8% rocznie
12,2 mld $ 28 mld $ 112,5 mld $
założenie przy zwiększonym wzroście gospodarczym: budżet MON wzrastający o
11% rocznie 15,3 mld $ 33 mld $ 131 mld $
6. Dziwne, że jak na kraj sąsiadujący z nami, tak niewiele wiemy o kwitnącym w Rosji życiu umysłowo-kulturalnym. O tych dziedzinach życia dowiedzieć się można z prasy zachodniej, ponieważ w Polsce urabia się Rosji "gębę".